Jeśli ktokolwiek liczył, że we wtorek pojawią się na rynku pieniądze tych, którym nie udało się założyć w poniedziałek lokaty prywatyzacyjnej, to srogo się zawiódł. W sumie to nic dziwnego, bo większość "kolejkowiczów" z giełdą nie miała do tej pory nic wspólnego, a ich zainteresowanie akcjami największego polskiego banku to jedynie efekt zgodnej kampanii mediów promującej papiery PKO BP.

Co więcej, wtorkowy mocny spadek indeksu największych spółek (ale nie tylko) pokazał, że nie wszyscy zarezerwowali zawczasu wystarczające środki pod ofertę banku PKO BP. Powiedziałbym, że można nawet odnieść wrażenie, że inwestorzy czekali na dalszy obrót wydarzeń na giełdzie, chcąc jakby wykorzystać ewentualny dalszy (i dotychczasowy) trend wzrostowy do maksimum. Słabe dwie pierwsze sesje tego tygodnia pokazują, że ich cierpliwość się skończyła, a dobre fundamenty poszczególnych spółek przestały się liczyć.

W ten sposób znów zasadne stało się pytanie o przyszłość rynku po zakończeniu subskrybcji akcji PKO BP. Nie sądzę, byśmy w krótkim terminie spadli głębiej aniżeli do strefy 1765-1780 pkt. Mimo wszystko zniżka do tego obszaru może być dobrym momentem do kupowania akcji pod jeszcze jeden wzrost (prawe ramię formacji głowy i ramion?). Warto jednak zauważyć, że szeroki rynek stał się nagle bardzo wąski. Obroty skupiły się na największych spółkach, a szczególnie dotkliwe spadki objęły przede wszystkim małe i średnie spółki. Wprawdzie można na tej podstawie wysnuć wniosek, że akcje sprzedają mali inwestorzy, a "zagranica" wstrzymuje się z decyzjami. Jednak naiwnością byłaby wiara w to, że ci ostatni kupują teraz taniejące polskie blue chips, o czym świadczyć miałby zwiększony obrót na takich walorach, jak KGHM, Prokom, Pekao, TP, PKN czy PGF.

Wtorkowe bardzo niskie zamknięcie (1780 pkt) i coraz głębszy spadek trwający przez całą sesję (plus wyprzedaż w samej końcówce) to bardzo zły prognostyk, ale nie przesądzający o trendzie w średnim terminie.