Po dynamicznej stupunktowej fali spadkowej na naszym rynku zagościł jesienny marazm. Rynek osuwa się niejako z rozpędu, obroty maleją, a uwaga inwestorów skupia się na zbliżającej się ofercie PKO BP.
Rynek nie zareagował wczoraj na piątkowe wotum zaufania dla rządu Belki, poddając się niedźwiedziej atmosferze z giełd europejskich, gdzie dyskontowano utrzymywanie się cen ropy w okolicach 55 dolarów za baryłkę i słabsze od oczekiwań wyniki 3M. Spadki WIG i WIG20 nie były jednak na tyle dynamiczne, by mówić o trwalszym powrocie podaży na rynek. Coraz ciekawiej zaczyna wyglądać natomiast rynek węgierski, gdzie po spodziewanej obniżce stóp procentowych mamy czwartą z rzędu sesję konsolidacji z ładną sytuacją techniczną, dającą nadzieję na powrót do hossy. Tylko czy to będzie wystarczający argument dla popytu na naszym rynku?
Utrzymuje się więc stan zawieszenia, z którego wiele nie wynika. Moim zdaniem, jedyną szansą na zwyżkę rynku w krótkim terminie jest atak dużego kapitału w momencie zaangażowania drobnych inwestorów w ofertę PKO BP, żeby później sprzedać akcje wycofującym pieniądze z oferty. Nieraz już na polskim rynku mieliśmy taką sytuację, gdzie więcej można było zarobić, angażując się na rynku podczas dużej oferty prywatyzacyjnej. To chyba jedyna szansa, by przełom października i listopada okazał się lokalnym dołkiem (jak to było w latach 1999-2002), a nie lokalnym szczytem (2003).
Ogromne zainteresowanie prywatyzacją PKO BP przekłada się na wzrost liczby rachunków, reaktywację tych od dawna nie wykorzystywanych i wpływ gotówki na rachunki inwestycyjne. Czy inwestorzy indywidualni nie zrażą się jednak po raz kolejny do giełdy po prawdopodobnej kilkuprocentowej stopie alokacji i nie wrócą na bezpieczne depozyty bankowe?
Zwróć uwagę na: