Reklama

Nie liczmy na innych - sami zarządzajmy swoimi pieniędzmi

Podobno pieniądze szczęścia nie dają, ale jak nas już to nieszczęście dopadnie, to często stajemy przed problemem co z nimi zrobić. Jest on tym większy, im mniejsza jest nasza wiedza na temat inwestycji kapitałowych.

Publikacja: 21.10.2004 14:05

Wybawieniem stają się dla nas firmy zarządzające, reklamujące swoje usługi dotychczasowymi osiągnięciami. Czym dłużej rośnie rynek akcji - tym większe osiągnięcia. A potencjalni klienci, zauroczeni osiągniętą stopą zwrotu, chętnie powierzają swoje oszczędności w zarządzanie np. zakupując jednostki uczestnictwa w danym funduszu inwestycyjnym. Po pewnym czasie spoglądamy na aktualny stan naszej inwestycji i niejednokrotnie jesteśmy zaskoczeni, że nie tylko nie rośnie, tak jak to było w folderze reklamowym, ale nawet spada. Zadajemy sobie pytanie: jak to możliwe, żeby profesjonaliści zarządzali moimi pieniędzmi tak nieprofesjonalnie? Jeden rzut oka na kształt indeksu jednostek funduszu i indeksów giełdowych każe nam "odkryć", że to jednak my jesteśmy inwestorami - od wybranego przez nas momentu ulokowania swoich pieniędzy zależy więcej niż się nam wydawało. Korelację między indeksem a wartościami jednostek inwestycyjnych jednego z funduszy przedstawia rysunek 1.

Fundusze akcyjne opublikowały dane o swoich rocznych stopach zwrotu na koniec września. Wyniki wyglądają obiecująco, rok do roku mieszczą się w przedziale od 13 do 40% - tylko 3 fundusze na 17 nie pokonały WIG-u, który wzrósł w ciągu roku o 18%. Zwycięzcy tego podsumowania lokowali powierzone środki w małe spółki, bądź inne o podwyższonym ryzyku. Gdy spojrzymy na historię poszczególnych funduszy to zobaczymy, że korelacja z warszawskim indeksem dotyczy wszystkich. Widoczna jest także zależność - im wyniki w czasie hossy są lepsze od benchmarku, tym jednostki szybciej tracą na wartości w czasie bessy.

Powyższe spostrzeżenia są istotne nie tylko dla inwestujących stosunkowo krótkoterminowo (kilka miesięcy), ale także dla odkładających na emeryturę, czyli osób o 10-, 20- i 30-letnim horyzoncie inwestycyjnym. Ograniczanie się do systematycznego dokonywania wpłat nie jest najlepszym rozwiązaniem i warto zastanowić się nad jakąś strategią, najlepiej niewymagającą zbyt wiele zachodu. Spróbujmy.

Przykładowa strategia inwestycyjna

Sposobów na trafne inwestycje jest tyle, ilu inwestorów. Spoglądając jednak na naszą inwestycję w horyzoncie 10, 20 a nawet 30 lat możemy spróbować znaleźć strategię, która wpłynie na nasz wynik finansowy i wielkość oszczędności, mimo rzadko dokonywanych operacji, konwersji jednostek z akcyjnych na obligacyjne, czy też zamiany posiadanych akcji na obligacje. Im dłuższy okres inwestycji, tym istotniejszy jest każdy punkt procentowy zwrotu z ulokowanego kapitału.

Reklama
Reklama

Przyjrzyjmy się staremu jak świat (rynków kapitałowych) efektowi stycznia. Wspomniany efekt to cykliczna, występująca na przełomie lat kalendarzowych zwyżka indeksów. Co więcej, prześledzenie historii notowań wiele lat wstecz każe dojść do wniosków, że rynki osiągają lokalne dołki jesienią, a górki wiosną. Poświęcono temu tematowi niejedną publikację. Mimo że najbardziej utytułowane głowy nie znalazły przyczyn takiego stanu rzeczy, nie musimy się tym przejmować. Nasza giełda statystycznie (!) dołki osiąga w październiku, a górki w kwietniu.

Porównajmy dwie strategie polegające na systematycznym lokowaniu pieniędzy w akcje w ciągu ostatnich 10 lat na GPW (patrz - rys. 2).

Strategia pierwsza, nazwijmy ją "kup i trzymaj" polega na kupowaniu co roku 1 października koszyka akcji wchodzących w skład indeksu WIG20 za 1000 PLN. Druga, dajmy jej na imię "efekt stycznia" polega na kupowaniu co roku 1 października koszyka akcji analogicznie do poprzedniej strategii. Po 6 miesiącach opuszczamy rynek akcji i sprzedajemy swoje udziały 1 kwietnia. W październiku ponownie wracamy na GPW. Dokładamy przy tym co roku 1000 złotych do naszego portfela.

Jakie wyniki? Po 10 latach i 10 wpłatach po 1000 złotych pierwsza strategia zwiększyła nasz portfel do kwoty 15 tysięcy złotych (jest to trochę ponad 7% w stosunku rocznym). Nie jest to imponujący wynik jeśli zważymy, że inflacja z poziomu 32% w 1994 roku zeszła poniżej 7% dopiero po 7 latach. Przegrywaliśmy zatem nie tylko z inflacją, ale z lokatami bankowymi, o obligacjach nie wspominając.

Zastosowanie drugiego sposobu uczestniczenia w rynku powoduje już rewolucję w wynikach. Przetrzymanie oszczędności poza rynkiem akcyjnym przez wiosnę i lato podnosi średnioroczną stopę zwrotu do ponad 16%. Mamy zatem 25 tys. w kieszeni i 5 lat (10 razy po pół roku od kwietnia do końca września) na lokowanie gotówki w bezpieczniejsze instrumenty niż akcje. Załączony wykres pokazuje jeszcze inne istotne elementy. "Efekt stycznia" tylko 2 razy przyniósł straty (80% skuteczności to marzenie niejednego inwestora), wobec 3 strat strategii "kup i trzymaj" (też ma dobrą tę statystykę). Jednak rzut oka na wykres kapitału (linie ciągłe na wykresie) nie pozostawiają złudzeń: kapitał zachowuje się dużo spokojniej i daje znacznie lepszą stopę zwrotu w przypadku wybiórczej obecności na rynku.

Czasem zamiast kupić jednostki uczestnictwa decydujemy się na powierzanie pieniędzy wyspecjalizowanym firmom. Jak kończy się ślepe zawierzenie zarządzającym? Znamy w Stowarzyszeniu Inwestorów Indywidualnych wiele złych przykładów. Znamy takie, kiedy po 6 latach na koncie pozostawało 60% wpłaconego kapitału, a zarządzające nim biuro maklerskie wspaniałomyślnie proponowało zwolnienie z opłaty za zarządzanie. Chciało tym sposobem zatrzymać klienta u siebie. Znamy też mniej dramatyczne przypadki, jak chociażby ten, jaki opisał w swym liście pewien inwestor (pełną treść listu ze zmienionymi nazwami firm zarządzających, publikujemy w niniejszym Akcjonariuszu), który powierzył swoje środki firmie zarządzającej na 5 lat. Zarządzający zdołali przez te lata wypracować 20% zysku, które potem odebrali w formie pro-wizji. Co ciekawe, tymi środkami zarządzały te same osoby, które uzyskały dużo lepszy wynik dla klientów Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych. Jaki był w tym lepszym wyniku udział talentu i wiedzy zarządzających, można przypuszczać na podstawie przedstawionych wyżej spostrzeżeń. Wszelkie tego typu historie są wielce pouczające. Potwierdzają one, że posiadanie licencji doradcy inwestycyjnego nie jest żadnym patentem na osiąganie dobrych wyników na rynku kapitałowym. Chociaż są to osoby solidnie przygotowane teoretycznie, to w zderzeniu z rynkiem popełniają błędy jak przeciętny uczestnik rynku. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto ponosić opłaty przy nabywaniu jednostek, a do tego dodatkowo płacić zarządzającym, na co wskazują wcale nie tendencyjnie dobrane przykłady, za złożenie w moim imieniu zlecenia kupna?

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama