Przez lata w dużym lotku trafiłem już parę razy piątki (marniutkie, niestety...) i całkiem sporo czwórek. Ludzie mówią: "ale masz szczęście". Szczęście mam faktycznie, ale w zupełnie innych sprawach. A w totku przecież obstawiałem w końcu jeden ze skończonej liczby wariantów. Tymczasem jako inwestorzy poruszamy się w wielkim gąszczu samych zmiennych i niewiadomych. Zmienne, często zupełnie zaskakujące, to dane makro. W tym także rynkowe stopy procentowe, w automatyczny sposób rzutujące na dyskontową wycenę wartości projektów i związanych z nimi papierów. Zmienne to także choćby "croosy", wzajemne relacje kursowe. To także zmieniające się z biegiem lat preferencje konsumentów, powodujące, że to, co wydaje się dziś oczywistym dobrem powszechnym, kiedyś może być tylko ciekawostką historyczną. Piszę o tym wszystkim, jako że - im dłużej żyję i im dłużej przyglądam się rynkowi - tym większego dystansu nabieram do wszelkiego typu ankiet prognostycznych i giełdowych wskaźników nastrojów.
Każdy z nas, świadomie czy nie, podejmując konkretne decyzje, usiłuje (często zapewne podświadomie) określić parametry w równaniu, które z definicji jest równaniem z nieskończoną ilością zmiennych (które, co gorsza, same w sobie są niewiadomymi), ale... za to tylko z jednym, jednowariantowym rozwiązaniem. Scenariusze giełdowe można więc snuć rozmaite, ale nie zmienia to faktu, że w rzeczywistości zajdzie tylko jeden określony układ zmiennych, czego wynikiem będzie jeden, określony kurs akcji czy poziom indeksu. Nie wolno zapominać o tym, kierując się choćby wskazaniami ankiet czy wyliczanych na ich podstawie wskaźników "sentymentu" rynkowego. Wariantowość modeli prognostycznych jest czymś, z czego wielu inwestorów pewnie w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Tymczasem, przy zdroworozsądkowym, choć może niekoniecznie słusznym założeniu, że w tym samym czasie znaleźć się możemy tylko w jednym układzie odniesienia, musimy zgodzić się z tezą, że przyszłość NIE jest fenomenem wielowariantowym. Kurs konkretnego papieru wyniesie tyle i tyle. Indeks będzie miał taką, a nie inną wartość. Niezależnie od tego, jak procentowo "obstawiano" wcześniej prawdopodobieństwo wystąpienia takiego właśnie scenariusza. I ile tych scenariuszy w ogóle było.
No więc, jak właściwie jest? Drogo? Tanio? A może w sam raz? Wyjaśniam od razu - takie pytanie jest prowokacją. Jeśli bowiem uznamy, że o cenie decyduje gra podaży i popytu, to stwierdzenie, że coś jest obiektywnie drogie lub tanie, jest cokolwiek problematyczne. Ale możemy odnosić ceny do poprzednich okresów, porównywać wskaźniki i kursy, słowem oceniać, czy - przy respektowaniu umownego charakteru takich porównań - coś jest tanie lub drogie. I zastanawiać się nad konsekwencją takiego, a nie innego poziomu cen dla przepływów kapitału, w tym na dość transparentnych rynkach kapitałowych. I szukać wyniku, którego "obstawienie" dałoby zysk. Rozbudowane modele prognostyczne, "inteligentne" systemy transakcyjne, sieci neuronowe, wreszcie wszelkiego rodzaju ankiety i wskaźniki nastrojów rynkowych - wszystkie mają jedną wadę - de facto bazują na przeszłości. Bo wzorce wzajemnych relacji czasem dziesiątek i setek zmiennych czerpią z przeszłych wydarzeń. A przeszłość, jakkolwiek daje cenne wskazówki, nie jest żadnym gwarantem analogicznych wydarzeń w przyszłości. Inwestor na rynku staje więc twarzą w twarz z nieprzewidywalnym - przed którym jedynym zabezpieczeniem jest wyłącznie świadoma kontrola własnych pozycji.
Październik w oczywisty sposób skłania ku refleksji. Historia rynków, w tym choćby hoss i krachów, uczy pokory. Ale pokory powinien uczyć nas każdy dzień. Nie wiemy, co stanie się za lat dziesięć. Nie wiemy, co będzie za rok, od którego zależy koniunktura za owych dziesięć lat. Ba, nie wiemy nawet, co stanie się za sekundę. A to od niej zależy przecież w stu procentach sekunda następna. I cały rok. I owe dziesięć lat... Wszystko płynie - słusznie skonstatowano zmienność już dawno temu. A skoro tak z tą przyszłością jest, to pozostaje nam przytomna kontrola własnych pozycji, świadomy hedging i gotowość na każde wydarzenie. Każde inne bowiem zachowanie jest niczym innym jak kupowaniem losu w loterii, na której emisja losów ma charakter ciągły, a nagroda jest tylko jedna... A to już nie jest inwestowaniem.
Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst stanowi wyraz jego osobistych poglądów i nie może być inaczej interpretowany.