Doniesienia o prawdopodobnym zwycięstwie George'a W. Busha w wyborach prezydenckich zahamowały wczoraj przejściowo spadek cen ropy. Po osiągnięciu w poprzedni wtorek rekordowego poziomu obniżyły się one w ciągu tygodnia o około 10%. Była to reakcja na podwyżkę stóp procentowych w Chinach, która może przyhamować wzrost gospodarczy, a także na osłabienie w październiku aktywności w amerykańskim przemyśle. Oba czynniki mogą bowiem ograniczyć popyt na paliwa płynne.

Atmosfera poprawiła się wczoraj, gdy uczestnicy rynku naftowego uwierzyli w sukces wyborczy George'a W. Busha. Notowania zaczęły rosnąć, gdyż liczono na kontynuację polityki polegającej na stałym zwiększaniu przez rząd USA strategicznych rezerw ropy. Ich wzrost o 100 tys. baryłek dziennie byłby silnym bodźcem do zwyżki cen. Dalsze rządy Busha oznaczałyby też utrzymanie napięcia na Bliskim Wschodzie i możliwość zakłóceń w dostawach naftowych, a to również sprzyjałoby zwyżce cen paliw płynnych. Natomiast wygrana Johna Kerry'ego prowadziłaby do redukcji strategicznych rezerw i w konsekwencji do spadku notowań.

Tymczasem najnowsze dane wykazały największy od marca wzrost amerykańskich zapasów ropy. Zwiększyły się one w zeszłym tygodniu o 2,2%. Wiadomość ta uniemożliwiła zwyżkę notowań i w Londynie za baryłkę gatunku Brent z dostawą w grudniu płacono po południu 46,10 USD w porównaniu z 46,55 USD w końcu sesji wtorkowej i 49,45 USD w poprzednią środę.