Tylko jeden dzień rynki akcji świętowały zwycięstwo amerykańskiego prezydenta w wyborach. Bo czy są powody do dłuższej zabawy? Jeśli ktoś je znalazł, to wczoraj o szarej rzeczywistości przypomniał mu dolar. Na wykresie pokazującym notowania euro w dolarach mamy początek nowej fali wzrostowej. Tak amerykańska waluta dyskontuje kolejne cztery lata panowania George?a Busha, który znany jest także z tego, że doprowadził deficyty (budżetowy i obrotów bieżących) do rekordowych poziomów. Jak w tym kontekście wyglądać ma trwały rozwój amerykańskiej gospodarki i co za tym idzie światowej gospodarki?

Wygląda na to, że cały ciężar spoczął teraz na Chinach. Wydaje się, że Chińczycy nie tylko muszą dużą część konsumowanych na świecie towarów wyprodukować, ale także kupić. Dlatego dalsze schładzanie tamtejszej gospodarki, choć na pewno uzasadnione z uwagi na inflację, może zostać źle przyjęte na światowych rynkach akcji.

Mimo tych zagrożeń, inwestorzy z dużym zacięciem kupują akcje (wczorajsza sesja stanowi tylko wyjątek). Na niektórych rynkach mamy hossę. Z tych nam najbliższych - na Węgrzech i w Czechach. Z tych nieco dalszych - warto wymieć Wielką Brytanię. W środę zamknięcie FT-SE 100 było najwyższe w historii.

Wracając do wątku prezydenckiego - po zwycięstwie George?a Busha na żadnym istotnym rynku akcji nie doszło do pogorszenia sytuacji. Na niektórych wręcz istotnie poprawiła się sytuacja techniczna. Przede wszystkim na wykresie Nasdaq Composite przełamana została tegoroczna linia trendu spadkowego. Indeks znalazł się na poziomie 2 tysięcy punktów - tak się składa, że tutaj przebiega także 62-proc. zniesienie zapoczątkowanego w styczniu spadku. Jeśli bariera ta "pęknie", tegoroczny szczyt (2115 pkt) znajdzie się na wyciągnięcie ręki. Świętować będą przede wszystkim posiadacze akcji Prokomu. Dostaną pewnie w takim wypadku niezłą okazję, żeby pozbyć się znajdujących się w długoterminowym trendzie spadkowym, akcji. Sopocka spółka znów po 150 zł? To jest realne.