Pomimo, iż opublikoany wczoraj indeks wskaźników wyprzedzających koniunkturę LEI spadł w październiku o 0,3% (oczekiwano spadku o 0,1%) początek notowań za oceanem przebiegał pod dyktando strony popytowej, która w dalszym ciągu ma przewagę. Na Wall Street wyborcza hossa trwa już czwarty tydzień. Póki co na wykresach głównych amerykańskich indeksów brakuje sygnałów mogących świadczyć iż trend wzrostowy niebawem załamie się. Chociaż taki rozwój wypadków nakazywałaby właśnie logika. Obecnie największym technicznym zagrożeniem dla wzrostów wydaje się bliskość szczytów z początku roku na wykresach Średniej Przemysłowej oraz Nasdaq Composite. Zważywszy na fakt, że są to jedyne powody sugerujące koniec hossy za oceanem, należy je traktować z przymrużeniem oka. Zwłaszcza, że sytuacja na głównych wskaźnikach sprzyja bykom. Najlepszym tego przykładem są tygodniowe MACD liczone dla DJIA, Nasdaq Composite i S&P500. Wskaźniki te solidarnie zakończyły spadki na poziomie równowagi, co zgodnie z teorią należy traktować jako koniec korekty na rynku. Dlatego też do czasu wygenerowania naprawdę silnych sygnałów sprzedaży, należy zakładać, iż opisywane wyżej indeksy pójdą drogą S&P500 i również wybiją się ponad tegoroczne maksima.

Z wyborczej hossy w USA korzysta niemiecki DAX. W środę pokonał on opór, jaki na poziomie 4150 pkt. tworzył szczyt ze stycznia br. To oznacza sygnał kupna, ale obarczony jednym, dość ważnym zastrzeżeniem. Otóż, z uwagi na to, iż 100 pkt. wyżej znajduje się 61,8-proc. zniesienie impulsu spadkowego trwającego od marca 2002 do marca 2003 roku, to z decyzją o angażowaniu się po "długiej stronie" należałby się wstrzymać aż do momentu pokonania wspomnianego zniesienia Fibonacciego. Jego pokonanie bowiem otworzy drogę do 5500 pkt. i przedłuży hossę o minimum pół roku. Tylko jak pogodzić tę hossę z dalszym, bardzo prawdopodobnym wzrostem euro względem dolara? Już teraz pojawiają się liczne głosy ekonomistów, iż aktualny kurs jest zabójczy dla niemieckiej gospodarki.