Hej, wysoko ci u nas technika stanęła! Technika dodawania i odejmowania. Tuż za miedzą, na Ukrainie, władza próbowała sobie coś dodać, a ująć opozycji - i od razu awantura na cały świat. Tymczasem u nas dodaje się i mnoży tak, żeby rządowi było lepiej. I cisza - nawet najtęższe głowy nie mogą się połapać, co tu się dzieje.
Do czego piję? Do tzw. planu Hausnera. Już na początku był problem z doliczeniem się, ile to on miał dać zysków, a ile oszczędności. Raz pojawiała się kwota 20 mld zł, a raz - 12 mld zł. Potem okazało się, że w planie Hausnera są obie te kwoty zapisane, a razem dadzą ponad 50 mld zł. No cóż, wiadomo, księgowość to rzecz skomplikowana, więc 2 i 2 czasem może dać 4, a czasem - 22.
Potem było przycinanie, docieranie, szlifowanie i w rezultacie coraz trudniej było liczyć zyski budżetu. Wiadomo, na planie zyskał za to sam wicepremier, który jest najważniejszym specem w rządzie od gospodarki. Zyskał też budżet, bo zaczął taniej pożyczać pieniądze na pomoc dla ubogich, niewykształconych i górników. No i zyskał też SLD, bo udało się odepchnąć zagrożenie kryzysem finansów publicznych i konieczność ogłaszania przedterminowych wyborów.
Czas jednak leci i okazuje się, że ani ministrowie, ani nawet sam wicepremier nie wiedzą, ile oszczędności dają wprowadzane przez nich reformy.
Ot, Sejm odrzucił dwie ustawy. Dzwonię do analityka, który mówi mi, że budżet tylko z powodu jednej (o podwyżce składek) ma o 1,8 mld zł mniej. Faktycznie, taka suma była zapisana w planie Hausnera (nawet nieco więcej, bo 1,8-2,1 mld zł, ale w końcu 300 mln zł w tę czy w tę nie robi różnicy).