Zaczynamy właśnie ostatni miesiąc ostatniego kwartału w roku. Tradycyjnie czas na rajd Świętego Mikołaja i efekt stycznia. Te dwa hasła prowadzą do jednego prostego wniosku - na przełomie roku notowania nie spadają. Na razie jest mizernie. WIG20 ma tylko 33 punkty (niecałe 2%) więcej niż na koniec września i niezbyt dużą ochotę, żeby wspinać się wyżej. A nie ulega wątpliwości, że powinien. Sześć poprzednich czwartych kwartałów zakończyło się zwyżką, średnio o 13,5%. Żeby wyrównać to osiągnięcie indeks powinien zyskać 10%. Żeby schłodzić nieco nastroje - wcześniej, przez cztery kolejne lata (1994-1997) - WIG20 tracił w czwartym kwartale. Średni spadek wyniósł 12,1%. Odwołując się do przeszłości prawdopodobieństwo wzrostu indeksu w czwartym kwartale wynosi 55%, oczekiwana zmiana WIG20 +2,1%. Skoro już teraz wskaźnik jest prawie dwa procent powyżej zakończenia ostatniej sesji we wrześniu, to łatwo zauważyć, że na grudzień nie zostało już ani trochę miejsca na wzrosty. Nawet jeśli założymy, że te statystyczne wyliczenie sprawdzą się, wciąż daleko jesteśmy od prognozy zachowania rynku w ostatnim miesiącu roku. Na razie w przybliżeniu wiemy, jaka może być wartość WIG20 na ostatniej sesji w tym roku. Indeks może ją osiągnąć cały czas, drepcząc wokół 1820 pkt. Ale może też dojść do wybicia z konsolidacji w górę i wyprzedaży akcji w oparciu o euforię na rynku. To byłoby najbardziej efektowne zwieńczenie trwającego już dwa lata trendu wzrostowego.
Szansę na taki koniec dostaniemy tylko pod jednym warunkiem - na jeszcze zryw zdobędą się inwestorzy na rynku amerykańskim. Najpierw jednak muszą wymazać z pamięci, przynajmniej na pewien czas, ogromny deficyt na rachunku bieżącym, który inwestorzy zagraniczni coraz mniej chętnie finansują. Skutkuje to coraz słabszym dolarem, a ten jeszcze bardziej od tamtejszego rynku akcji odstrasza inwestorów zagranicznych. Dodatkowo znów rosnąć zaczyna rentowność 10-letnich not amerykańskich. Mimo wszystko znów się uda?