Akcje należy kupować wtedy, kiedy gospodarka się rozwija - takie hasło brzmi sensownie. Używając terminu wzrost gospodarczy, ekonomiści najczęściej mają na myśli tempo, w jakim rośnie produkt krajowy brutto. Dane dotyczące PKB co kwartał publikuje Główny Urząd Statystyczny. Podawane są na kilka sposobów - m.in. w ujęciu bezwzględnym w cenach bieżących i w odniesieniu do tego samego okresu sprzed roku. Na przykład w drugim kwartale 2004 roku wartość PKB GUS oszacował na 216 mld zł. W porównaniu z II kw. 2003 roku oznaczało to wzrost o 6,1%. Analitycy giełdowi największą wagę przywiązują do tego, jak wypada bieżący okres w stosunku do stanu sprzed roku.
Przy czym sucha cyfra, dotycząca tempa wzrostu, niewiele jeszcze mówi o stanie gospodarki, nie bardzo też się nadaje do przełożenia na giełdowe kursy. Na giełdzie wycenia się przyszłość, a nie to, co stało się w przeszłości. Dlatego od samej cyfry ważniejsze jest to, w jakim trendzie znajduje się tempo wzrostu PKB. Na przykład, zeszły rok był jednym z lepszych dla posiadaczy akcji, mimo że gospodarka rozwijała się w tempie 3,7%. Z drugiej strony obrazujące giełdowe notowania indeksy straciły na wartości w 1997 r., choć PKB wzrósł prawie 7%. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się stało, leży w trendzie - w 2003 roku tempo wzrostu gospodarczego zwiększało się i w 2004 roku oscyluje w granicach 5-6%. W 1997 roku dynamika PKB malała i na koniec 1998 r. oszacowano ją na 4,8%.
To, że na giełdzie wycenia się przyszłość, sprawia, iż oprócz tempa wzrostu gospodarczego inwestorzy dużą wagę przywiązują do tego, w jakim stopniu rosną inwestycje. Wprawdzie nakłady brutto na środki trwałe (tak oficjalnie inwestycje nazywa GUS) stanowią w Polsce tylko 17-25% PKB, ale pokazuje, jakie są zapatrywania na przyszłość ludzi, którzy rządzą firmami. Kiedy inwestycje zaczynają rosnąć, znaczy to, że przedsiębiorcy optymistycznie oceniają przyszłość. Ich zdaniem, uda się w przyszłości sprzedać z zyskiem produkty, które powstaną w nowych fabrykach. Rosnące inwestycje pokazują, że menedżerowie oczekują wzrostu PKB. Można na tej podstawie przypuszczać, że zyski przedsiębiorstw, w tym także spółek giełdowych, będą w przyszłości wyższe. Razem z zyskami zwyżkować będą zapewne także kursy akcji. Skoro tak, to warto jest kupić akcje.
W takim rozumowaniu kryje się pewna pułapka. Okazuje się, że nie każde tempo wzrostu nakładów inwestycyjnych jest dobre. W pewnym momencie nawet przedsiębiorcy, którzy przynajmniej w teorii środowisko, w którym działają, powinni znać od podszewki, mylą się. Pomyłka polega na tym, że zbyt optymistycznie oceniają przyszłość. Zaciągają pożyczki na inwestycje bądź sprzedają akcje na giełdzie, żeby pozyskać kapitał, po czym okazuje się, że na nowe produkty nie ma chętnych. Na przykład w 1997 roku inwestycje wzrosły o ponad 20%. Mimo tego w kolejnych latach tempo zwyżki PKB wyraźnie obniżyło się. Trudniej też było o wzrost kursów giełdowych, nie licząc szalonej hossy internetowej z 1999 i początku 2000 roku. Ale to już całkiem inna historia.