Przez pierwsze 6 godzin wczorajszej sesji rozpiętość wahań na kontraktach wynosiła śmieszne 8 pkt. Równie niską aktywność, tradycyjnie w tym tygodniu, prezentował rynek kasowy. Dopiero w ostatniej godzinie poszło parę większych zleceń i taki jeden impuls wywołał lawinę. Po części na pewno udział w tej przecenie mieli technicy, których na kontraktach wspomagała mała formacja podwójnego szczytu, a na indeksie porażka wsparcia na kwietniowej górce. Główny powód leży jednak gdzie indziej.

To zagraniczne fundusze dalej realizowały zyski. Za takim scenariuszem przemawiała choćby tylko wysoka korelacja z indeksem w Budapeszcie. Czynnikiem, który to wyzwolił, był rynek walutowy. Od samego rana osłabienie złotego było głównym źródłem emocji w większości instytucji. Do tego tygodnia trend na rynkach walutowych był "oczywisty". Zasiane silną korektą ziarnko niepewności było właśnie zachętą do głębszej realizacji zysków na rynku akcji. Oczywiście niektórzy analitycy od razu dodadzą, że osłabienie złotego, mające jedynie korekcyjny charakter, może wręcz zachęcić zagraniczny kapitał do lokowania środków w Polsce. Ja jednak cały czas powtarzam, że niezależnie od trendu nawet tylko w średnim terminie, każde gwałtowne osłabienie złotego będzie mieć teraz negatywne skutki dla rynku akcji.

Kolejny tydzień po piątkowym spadku zaczniemy w słabych nastrojach, ale wcale nie przesądza to jeszcze zmiany trendu. Jeśli spojrzymy na rynek z oddali, to po ponad 230-pkt wzroście od 24 listopada mamy na razie korektę, która jeszcze nie zeszła nawet pod pierwsze istotne zniesienie 38,2% (piątkowe minima). Jeśli korekta skończyłaby się w tym miejscu, to paradoksalnie byłaby to wręcz oznaka siły rynku. Dopiero pod 1835 pkt porażka byków będzie miała charakter średnioterminowy.