Dobrze, że istnieje Unia Europejska. Dzięki temu gospodarka Europy może się rozwijać szybciej, niż gdyby składała się z wielu mniejszych rynków. Dobrze, że jesteśmy już w Unii Europejskiej. To umożliwi nam szybszy rozwój, niż gdybyśmy byli poza Unią. Stwierdziwszy to, można przystąpić do narzekania. Ogólnie na to, że Unia wykorzystuje swoje możliwości rozwojowe w niedostatecznym stopniu. Że nakłady sił i środków na projektowanie szczegółów, programowanie szczegółów, monitorowanie szczegółów i raportowanie szczegółów są planowane i realizowane z tak dużym rozmachem, że efekty w postaci postępu gospodarczego wyglądają przy nich raczej skromnie. Że rozbudowana i rozbudowująca się administracja produkuje i podpowiada decydentom coraz więcej regulacji, które hamują inicjatywy i ograniczają konkurencję rynkową.
Jest więc prawie jak u nas. W Polsce rządowe zamiary, plany i programy, a zwłaszcza ustawy, płyną szerokim strumieniem. Gorzej jest, co prawda, z monitorowaniem i raportowaniem, niemniej jednak administracja państwowa rośnie w imponującym tempie. Z pewnością nie można z tym tempem porównywać postępów w budowie autostrad, w prywatyzacji górnictwa, w naprawie finansów publicznych, nie mówiąc już o przywróceniu kontroli rządu nad dynamiką długu publicznego. To ostatnie jest po prostu nieosiągalne. Są więc podstawy do krytyki i samokrytyki zarówno w Polsce, jak i w całej Unii.
Przywódcy Unii zauważają niedostatek postępu i kreują kolejne plany i bodźce. W 2000 r. w Lizbonie ogłosili datę dogonienia Stanów Zjednoczonych w poziomie wydajności pracy: 2010 rok. Dogonienie Ameryki przez Związek Radziecki ogłosił czterdzieści lat temu przywódca tego byłego państwa. Oczywiście, że oba przypadki są nieporównywalne. A jednak pewne podobieństwo istnieje. Mianowicie, ani sekretarz generalny partii radzieckiej nie miał zamiaru, ani liderzy Unii Europejskiej nie myślą o wykorzystaniu tych cech amerykańskiego systemu ekonomicznego, dzięki którym Stany Zjednoczone nie muszą nikogo gonić. Wierzono i wierzy się dalej, że możliwości własnego systemu ekonomicznego wystarczą do dogonienia USA. Głęboka wiara budzi uznanie. I tym trzeba się w końcu zadowolić, skoro wyniki wyścigu nie dają satysfakcji.
Po prawie czterech latach przyznano, że różnica w wydajności pracy nie zmniejszyła się, lecz zwiększyła. I wyciągane są z tego wnioski. Uznano, że 1200 priorytetów w programie lizbońskim to za dużo (nie pamiętam, ile priorytetów miały radzieckie plany dziesięcioletnie). Ostatni raport proponuje pięć priorytetów: inwestycje w wiedzę, budowę jednolitego rynku, tworzenie środowiska sprzyjającego przedsiębiorstwom, reformę rynku pracy oraz zrównoważony rozwój. Proponowane zmniejszenie liczby priorytetów jest imponujące. Przypuszczam, że w Strasburgu powołana zostanie komisja do spraw redukcji liczby priorytetów, a w Brukseli powstanie agencja do dostosowania liczby priorytetów do liczby państw w Unii. Nie wykluczam, że powstanie też agencja do odbiurokratyzowania otoczenia przedsiębiorstw. Z dyskusji toczonych wokół ostatniego raportu dowiedziałem się, że można się spodziewać ponadto innej poważnej zmiany. Mianowicie, są sugestie, aby nie porównywać Europy ze Stanami Zjednoczonymi, a zwrócić uwagę na wysoką dynamikę rozwojową Chin i Indii. To jest słuszne. Może w ucieczce przed Azją będzie nam szło lepiej niż w gonieniu Ameryki.