Poniedziałek stał pod znakiem kolejnej fali wyprzedaży dolara. Za euro trzeba było zapłacić już ponad 1,36 USD. Na razie nie widać żadnych czynników, które mogłyby zatrzymać deprecjację amerykańskiego pieniądza. Inwestorzy są przekonani, że rządzącym w Stanach Zjednoczonych jest to na rękę, a władze Unii Europejskiej nie podejmą żadnych działań przeciwdziałających umocnieniu euro. Jeśli spadek wartości dolara przełoży się na pogorszenie koniunktury na rynkach finansowych, może dojść do objawów paniki. Wczoraj nerwowo było na rynku obligacji w USA, gdzie rentowność 10-latek w pierwszej połowie sesji podskoczyła o 9 pkt bazowych, podaż przeważyła na giełdach akcji. Zachowanie obu rynków wiązano z notowaniami dolara.
Złoty pozostaje natomiast w wyśmienitej formie. Wczoraj zyskał 1 grosz do euro i 3 grosze do dolara. Po południu za wspólną walutę płacono 4,054 zł, a za amerykańską 2,972 zł. Transakcji jednak nie było wiele, co ułatwiało ruch zgodny z kierunkiem dotychczasowego trendu. Wydaje się, że wciąż kluczowe jest zachowanie obligacji. Osłabienie złotego zbiegnie się zapewne z korektą ostatniego spadku rentowności papierów skarbowych. Zawężająca się różnica pomiędzy dochodowością polskich obligacji i tych ze strefy euro przybliża nas do tego.