Rok zakończył się kolejnymi rekordami WIG20 i kontraktów terminowych na ten indeks. Jednak obrót papierami zarówno w piątek, jak i w czwartek był tak niski, że trudno tu mówić o pełnym sukcesie. Wykres pokazuje dosyć wyraźnie przebicie szczytu z 20 grudnia, lecz należy pamiętać o tym, że na zakończenie roku większość chciałaby wypaść jak najlepiej. Ostatnie wzrosty są efektem cofnięcia podaży. To nie był szał zakupów, jaki obserwowaliśmy przed świętami. Prawdziwą siłę rynku poznamy dopiero w przyszłym tygodniu.

W tej sytuacji dziwi mnie trochę optymizm "kontraktowych" inwestorów. Baza utrzymuje się ponad dwadzieścia punktów na plusie. Nie od dziś wiadomo, że kiedy na rynku jest zbyt dużo optymizmu, to jest to zwiastun rychłego przesilenia. Zalecałbym większą ostrożność posiadaczom długich pozycji. Tym bardziej, wobec słabszej postawy indeksu w końcówce sesji, która sugeruje pewne rozczarowanie graczy liczących na efekt window-dressing, sugerowałbym ustawienie stopa w okolicy 1970 pkt. Analogicznym poziomem dla indeksu jest 1952 pkt. Jego przebicie w dół może skutkować spadkiem do 1920 pkt.

Wiele się ostatnio mówi o efekcie stycznia. Owszem, na rynek wpłynęła w grudniu i listopadzie znaczna gotówka. Dalszy jej napływ może pociągnąć indeks w górę nawet ponad historyczne szczyty. Należy jednak zauważyć, że ceny naszych blue-chipów obecnie są już tak wysokie, że dalsze wzrosty nie mają fundamentalnego uzasadnienia. P/E naszych banków oscyluje wokół 20. Czym szczególnym się one wyróżniają od swoich zagranicznych konkurentów? Dalsze silne wzrosty byłyby przejawem mody na Polskę. Owszem, jest wiele niedowartościowanych papierów, ale trudno je znaleźć w WIG20. Nadchodzą nowe duże emisje Skarbu Państwa, które wchłoną znaczny kapitał.