Spadkowy impuls ze Stanów Zjednoczonych do Europy dotarł bardzo mocno wytłumiony. Rolę tłumika pełni drożejący dolar. Wydaje się, że w tym momencie inwestorzy biorą pod uwagę przede wszystkim korzystny wpływ taniejącego euro na wyniki eksporterów ze strefy euro. Być może później przyjdzie refleksja, że zapowiedź wzrostu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oznaczają wolniejszy wzrost gospodarczy i co za tym idzie mniejszy popyt na europejskie produkty. To może nawet z nawiązką zrekompensować wpływ taniejącego euro. Na razie jednak giełdy Starego Kontynentu trzymają się mocno. Niemiecki DAX, który w poniedziałek zamknął sesję na poziomie 52-tygodniowego maksimum, we wtorek i środę stracił łącznie niecały 1%. Równie nieduże były spadki francuskiego CAC-40 i brytyjskiego FT-SE 100, które także zdążyły w nowym roku poprawić roczne maksima.
W największym stopniu amerykańskie tąpnięcie przełożyło się na notowania na niektórych rynkach wschodzących. Około 2% stracił Hang Seng (Chiny-Hongkong), ponad 2% obniżył się hinduski BSE 30. W Europie, z liczących się indeksów, powyżej 2% zniżkował tylko WIG20. Węgierski BUX, z którym ostatnio łączy nas silna korelacja, spadł tylko o 0,7%.
Jest jeszcze trochę za wcześnie, żeby spróbować dokładniej zdiagnozować to, co stało się w Ameryce. Gdyby kondycję tamtejszych akcji oceniać po wykresie Nasdaq, to można oczekiwać poważnej przeceny. Ostatecznie wybicie ponad szczyt ze stycznia zeszłego roku nie powiodło się i jeśli wykres spadnie poniżej linii trendu wzrostowego biorącej początek z sierpniowego dołka, dostaniemy sygnały zmiany tendencji średnioterminowej. Z drugiej strony S&P 500 wciąż wygląda solidnie. Owszem, przełamana została linia trendu wzrostowego, ale ona obejmowała ostatnie 6 tygodni notowań. To otwiera drogę do spadku do 1160 punktów. Dopiero przebicie tego wsparcia znacznie pogorszy sytuację i sprawi, że dotarcie S&P 500 do 1250 punktów (62-proc. zniesienie bessy z lat 2000-2002) w tej fali wzrostowej stanie się bardzo mało prawdopodobne.