Pod znakiem niewielkich zmian indeksów przebiegły ostatnie w mijającym tygodniu sesje na światowych giełdach. Wprawdzie w Stanach Zjednoczonych pojawił się niezły raport z rynku pracy, mówiący o najszybszym od pięciu lat wzroście liczby etatów za Atlantykiem w grudniu i w całym 2004 r. Ale dane te, które były zresztą oczekiwane, nie zdołały wywindować indeksów w górę. Pozostały bowiem obawy przed dalszymi podwyżkami stóp procentowych, a także perspektywa wolniejszego wzrostu zysków giełdowych spółek. Na nastrojach inwestorów odbiły się też z pewnością ostatnie spadki kursów. Żaden z głównych indeksów podczas pierwszych czterech sesji roku (do czwartku) nie zdołał spektakularnie wzrosnąć, a przecież wielu inwestorów spodziewało się z pewnością tzw. efektu stycznia. O pesymizmie na rynku mogą też świadczyć dane o napływie kapitałów do amerykańskich funduszy akcyjnych w okresie siedmiu dni kończącym się 5 stycznia. Według danych firmy AMG Data Services, inwestorzy wycofali z tych podmiotów netto 1,06 mld USD. Do godz. 22.00 naszego czasu średnia przemysłowa Dow Jones spadła o 0,21%, a technologiczny Nasdaq Composite obniżył się o 0,02%.
W Europie też nie było euforii. Indeksy największych giełd zyskały umiarkowanie na wartości. Inwestorzy znów kupowali walory spółek prowadzących działalność na szeroką skalę w Stanach Zjednoczonych. To efekt ostatniej aprecjacji dolara oraz pomyślnych wieści z rynku pracy, świadczących o dobrych perspektywach wzrostu amerykańskiej gospodarki. W cenie znalazły się też w piątek papiery spółek paliwowych. Walory takich firm, jak BP czy Statoil rosły dzięki czwartkowemu wzrostowi cen ropy do poziomu najwyższego od trzech tygodni. Bodźcem mogły tu być też wypowiedzi przedstawiciela Iranu, kraju zrzeszonego w OPEC, który poinformował, że w interesie kartelu zrzeszającego producentów ropy jest, by jej cena pozostawała powyżej 40 USD. Jeśli spadłaby poniżej tej granicy, możliwe jest obniżenie limitów wydobycia.