Długo można się zastanawiać nad oceną takiej sesji, ale wyrok może być tylko jeden. 1 pkt wzrostu kontraktów i niemal to samo na indeksie (+0,08%) to zdecydowanie zbyt mało, by zanegować wtorkowe dramatycznie słabe zachowanie rynku. Nie można więc tego kosmetycznego wzrostu potraktować inaczej, jak tylko korekcyjne odreagowanie spadku. Co więc zastanawia? Z reguły na takich korekcyjnych sesjach mamy dwa scenariusze. Albo "odbicie zdechłego kota" i dalszą dystrybucję papierów przez spóźnialskich na sesję z wybiciem, albo sesja mimo słabych nastrojów kończy się wzrostem, choć temu drugiemu scenariuszowi powinny towarzyszyć bardzo niskie obroty potwierdzające korekcyjny charakter tego ruchu. Przykładów takiego technicznego schematu nie trzeba daleko szukać. Wielokrotnie analogiczna sytuacja (oczywiście odwrotna) występowała w trakcie trwającego od sierpnia trendu wzrostowego.
Wczoraj natomiast rynek wyglądał nieco inaczej. Otwarcie po takiej wyprzedaży inne być nie mogło, więc zaczęliśmy, oczywiście, znowu fatalnie. Ale po krótkim strząśnięciu przestraszonych byków rozpoczęło się szybkie odbicie, któremu równomiernie przez całą sesję towarzyszyły ogromne obroty osiągające wartość 560 mln zł, czyli najwyżej od 20 grudnia. Biorąc pod uwagę fakt, że większość transakcji inicjował popyt, a nie była to dystrybucja papierów po spekulacyjnym podniesieniu rynku, to takie zachowanie trudno uznać za klasyczną korektę, po której szybko ruszymy do nowej fali spadkowej. Jaki z tego wniosek? Na pewno nie zmienia to oceny, że mieliśmy tylko korektę i nic nie zmieni tego poglądu do czasu wyjścia kontraktów i WIG20 nad wtorkowe szczyty, ale to nietypowe zachowanie rynku każe zachować teraz szczególną ostrożność w prognozowaniu zasięgu "oczywistego" dalszego spadku.