Polski rynek akcji cierpi na permanentny brak synchronizacji. W ujęciu globalnym objawia się on na przykład tym, że poruszamy się raz jak dojrzała giełda europejska (grudzień 2004), raz jak giełda amerykańska (styczeń 2005), a jeszcze innym razem (np. wrzesień 2004) rośniemy w tempie godnym rynku wschodzącego.
W ujęciu lokalnym zgrać się z kolei nie mogą małe spółki z dużymi. O ile w grudniu dominował popyt na firmy z WIG20 (okraszony rekordem indeksu na pierwszej sesji w tym roku), to w styczniu w modzie są mniejsze przedsiębiorstwa. Najlepszym giełdowym wskaźnikiem w styczniu był WIRR, a Indeks Cenowy wyliczany przez Parkiet, zanotował nawet historyczne maksimum. Na wczorajszej sesji wzrósł siódmy kolejny raz. Czy luty sprawi, że wreszcie większość firm poruszać się będzie w jednym kierunku?
Początek miesiąca wskazuje, że tak i dodatkowo sugeruje, że notowania będą rosnąć. Nie wykluczyłbym nawet rekordu (52-tygodniowego, nie historycznego) WIG20. Nie zmienia to faktu, że wszystko, co dzieje się na rynku akcji od kwietnia zeszłego roku (a może nawet od września 2003 roku) wygląda na schyłkową fazę długoterminowego trendu wzrostowego. Wprawdzie przykład londyńskiego FT-SE 100 pokazuje, że nawet w takiej sytuacji wyjściem z sytuacji może być przyspieszenie zwyżki. Na razie brakuje sygnałów potwierdzających możliwość realizacji takiego scenariusza na rynku polskim. Za takie uznałbym na przykład spadek rentowności 10-letnich papierów skarbowych poniżej 5,8% (dołek z przełomu roku) przy dużych obrotach. Na razie rentowność obniża się - jest już poniżej 6%. Ale komentatorzy podkreślają niskie obroty. To można interpretować jako niewielkie zainteresowanie polskim rynkiem kapitałowym graczy zagranicznych.
Bliższym giełdowym graczom dowodem na możliwość powrotu hossy na rynek byłoby wyjście kursu TP, największej polskiej giełdowej spółki, powyżej 20 zł. Na tej wysokości zbudowany został szczyt na ostatniej sesji zeszłego roku. Granicy tej walory narodowego telekomu nie przekroczyły od czerwca 2001 roku.