Wicepremier Jerzy Hausner rzucił legitymacją członkowską SLD. Jednocześnie zapowiedział, że nie chce odchodzić z polityki. Czyżbyśmy więc mieli doczekać się kolejnej partii, no właśnie, na lewicy czy bliżej centrum? Zobaczymy. Dla nas istotne jest to, jakie reperkusje dla gospodarki, dla rynków finansowych ma decyzja czołowego liberała socjaldemokracji.
Rezygnacja Hausnera spotkała się z natychmiastową reakcją byłych kolegów. Posłanka Piekarska stwierdziła, że w takiej sytuacji obecność profesora w rządzie nie ma sensu. Szczerze mówiąc, też tak uważam, z tym, że z zupełnie innych powodów. Piekarska nie chce Hausnera, bo on już nie jest "ich". Moim z kolei zdaniem, skoro nie jest on w stanie wprowadzać reform, to od dłuższego czasu szkoda było jego nerwów (bo z pewnością dyskusję z socjaldemokratycznymi populistami do lekkich nie należą). Można się zgadzać lub nie z poszczególnymi tezami jego koncepcji, ale ewidentnie od dwóch lat jest on motorem wszelkich progospodarczych działań rządu (a właściwie dwóch rządów). Niechęć do zmian poprawiających warunki funkcjonowania gospodarki, którą przejawiała większość SLD, skutecznie tępiła znaczną część pomysłów Hausnera, ale coś tam udało się wdrożyć. Niestety, "coś tam" jest jedynym sensownym określeniem zakresu zmian.
Dlaczego Hausner trwał więc w rządzie? Być może wicepremier kierował się wyższymi celami, jak np. przygotowanie koncepcji, które będą mogli wykorzystać następcy (choćby Narodowy Program Rozwoju). A może po prostu liczył na to, że SLD dotrzyma słowa i wybory odbędą się na wiosnę, a do tego czasu może jednak jakimś cudem uda się wprowadzić choćby część reform?
Mniejsza jednak o to. Co dalej? Pisząc te słowa nic nie wiem na temat tego, czy Hausner pozostanie w rządzie, czy nie. Jeśli jednak nie, źle to zostanie przyjęte przez rynki finansowe. Nie twierdzę, że będzie jakieś załamanie, to już nie te czasy, kiedy odejście jednego polityka osłabiało złotego o 30 groszy. Z pewnością jednak optymizm zostanie nieco ostudzony. Warto podkreślić, że - na szczęście - jest raczej mało prawdopodobne, aby brak Hausnera oznaczał totalne przedwyborcze rozdawnictwo. Na to nie pozwolą ani premier Belka, ani minister Gronicki. W świat pójdzie jednak oficjalny sygnał, że na ten rok limit reform mamy już na pewno wyczerpany.
Gorzej, bo ostatnie sygnały wskazują na to, że i 2006 r. dużo lepszy nie będzie. Jesienne wybory ograniczają do minimum szanse na przygotowanie poważnych zmian od stycznia 2006 r., a w przypadku podatków praktycznie je wykluczają. Eksperci PO mówią zresztą otwarcie, że zmiany sytemu podatkowego to najwcześniej rok 2007. Czy w takiej sytuacji można będzie jeszcze mówić o roku 2009 jako terminie naszego przystąpienia do strefy euro?