Reklama

Wyceny trudne do przeskoczenia

Analiza trzydziestu pięciu ofert publicznych przeprowadzonych od grudnia 2003 r. na polskim rynku kapitałowym pokazuje wyraźnie, że wyceny sporządzane przez oferujących akcje są dość optymistyczne. W większości przypadków kursy debiutujących spółek mają trudności z ich przekroczeniem.

Publikacja: 10.02.2005 07:17

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że wyceny sporządzane przez specjalistów z biur maklerskich oferujących dane papiery na rynku pierwotnym dość trafnie pozwalają określić cenę, po jakiej walory zadebiutują na giełdzie. Różnica pomiędzy kursem debiutu oraz ceną wskazaną w wycenie wynosi minus 3,3%. To rzeczywiście niewiele. Fakt, że debiut wypada przeciętnie nieco poniżej wyceny dokonanej przez specjalistów z jednej strony pozostawia miejsce na dalszy wzrost kursu po debiucie w kierunku wartości wyznaczonej przez ekspertów. Z drugiej strony, inwestorzy kupujący walory na rynku pierwotnym i pozbywający się ich w pierwszych dniach po pojawianiu się na giełdzie takie wyceny mogą traktować jako dobrą wskazówkę co do wielkości potencjalnego zysku.

Debiutanci pod kreską

Niestety, w obydwu przypadkach takie rozumowanie nie jest do końca prawidłowe. Po pierwsze, okazuje się, że w 57% przypadków kursy debiutantów z czasem obniżają się - średnia zmiana w porównaniu z pierwszą sesją giełdową wynosi 4,3%. Ta liczba jest bardzo wymowna z dwóch względów. Jest odbiciem zmian kursów debiutantów zarówno w krótkim terminie, jak średnim i długim. Na przeciętną zmianę składają się zarówno ponad 40-proc. spadek notowań Redanu, który pojawił się na rynku w końcówce 2003 r., wzrost o trzy czwarte ceny Inter Carsu, który na parkiet wszedł w połowie minionego roku, jak i zmiany cen Drozapolu i Eurofaktora, których papierami handlujemy na giełdzie zaledwie od około miesiąca. Jednocześnie generalnie słabe zachowanie spółek po debiucie nie jest charakterystyczną cechą ostatnich kilkunastu miesięcy, a jedynie potwierdza regułę występującą w przeszłości. W ostatnich 11 latach nowa firma na GPW po miesiącu i kwartale notowań miała przeciętnie o ponad 3% niższą cenę niż podczas pierwszych notowań. Aż 45% spółek teraz notowanych na giełdzie ma kurs niższy niż w ofercie publicznej. Kurs ponad połowy firm jest niższy niż na zakończenie pierwszej debiutanckiej sesji.

Rzeczywistość

jest bardziej skomplikowana

Reklama
Reklama

Przeciętna różnica między ceną debiutu i wyceną dokonaną przez oferującego jest wypadkową bardzo zróżnicowanych wartości. Stąd też średnia nie najlepiej oddaje rzeczywistość. Jedynie w ośmiu przypadkach na 31 kurs debiutu odbiegał od wyceny o +/-10%, w pięciu o +/-5%. Natomiast zdarzały się też takie przypadki jak Redan, którego akcje debiutowały 46% powyżej wyceny oferującego, czy Hygienika, gdzie różnica była podobna tylko w przeciwną stronę. W 18 przypadkach na 31 debiut wypadł poniżej wyceny oferującego, w 16 przypadkach aktualny kurs w dalszym ciągu jest niższy od niej. Nie daje się zatem obronić teza, że przygotowywane wyceny wskazują wartość papierów nie w chwili, gdy przeprowadzana jest oferta publiczna, ale w dłuższym horyzoncie.

Zazwyczaj przygotowywane są dwie wyceny - jedna oparta na modelu zdyskontowanych przepływów finansowych, druga opierająca się na porównaniu wskaźników, takich jak C/Z, C/WK, C/CF, C/EBIT czy C/S, dla prognozowanych wyników finansowych spółki ze wskaźnikami już notowanych na giełdach firm o podobnym profilu działalności. W pierwszym modelu podstawowe zmienne są przede wszystkim zależne od kondycji i perspektyw firmy i raczej w krótkim okresie nie podlegają gwałtownym zmianom. W drugim wpływ na wycenę ma bieżącą sytuacja na giełdzie. Gdy akcje zaczynają tracić na wartości, obniżają się wskaźniki wyceny, co rzutuje na atrakcyjność papierów debiutanta.

W ubiegłym roku mieliśmy jednak do czynienia raczej z przeciwną sytuacją. Indeksy kończyły 2004 r. na rekordowych poziomach albo bardzo blisko nich. To raczej sprzyjało temu, by wcześniejsze wyceny (porównawcze) były przekraczane. W odniesieniu do wycen dyskontowych taki sam efekt miał spadek rynkowych stóp procentowych w drugiej połowie minionego roku - z 7,6% do 5,8% w przypadku 10-letnich obligacji skarbowych. W związku z tym, że w sprzyjających warunkach kursy nowych spółek miały trudności z dotarciem do poziomów wyznaczonych w wycenach, można podnieść argument, że prognozy wyników, na podstawie których zostały one sporządzone, były zbyt optymistyczne. Takie myślenie w kilku przypadkach potwierdziła szybka weryfikacja przez spółki założeń finansowych prezentowanych inwestorom. Pytanie, na ile analitycy przygotowujący wyceny oferowanych przez własne biura maklerskie walorów są w stanie prawidłowo weryfikować przedstawiane przez władze spółek plany oraz informacje dotyczące przyszłej działalności i jej wyników. W przeciwieństwie do już notowanych przedsiębiorstw w krótkim czasie muszą poznać specyfikę funkcjonowania często niszowych firm z segmentów gospodarki, które jeszcze nie są reprezentowane na giełdowym parkiecie. Takich przykładów ostatnio jest sporo - od PBG, poprzez Elstar Oil, Praterm, JC Auto, ATM Grupa do TVN-u.

Sprzedaż z dyskontem

Akcje tylko jednej spółki były sprzedawane po cenie wyższej niż wycena przygotowana przez oferującego. Stało się tak w przypadku PKO BP. Co ciekawe, ten fakt nie przeszkodził zarówno w dobrym debiucie, jak i w dalszej zwyżce notowań. Kurs banku jest nadal ponad 7% wyższy niż na pierwszej giełdowej sesji. Najprostszym wytłumaczeniem tego jest ogromny popyt na walory PKO BP. Trudno z tym dyskutować. Równocześnie rodzi się jednak pytanie: czym inwestorzy kierowali się przy ich kupnie w czasie oferty publicznej i w pierwszych tygodniach na giełdzie, jeśli decydowali się płacić za nie więcej, niż wynikało to z wartości oszacowanej przez specjalistów. Po pierwsze, wielkość firmy powodowała, iż inwestorzy instytucjonalni, dla których punktem odniesienia są indeksy giełdowe, musieli mieć te papiery w portfelu. Premia wynikała również z płynności walorów, renomy instytucji, stabilności prowadzonego biznesu. Nie bez znaczenia był też medialny szum wokół sprzedaży akcji oraz dostępność i wielkość kredytów, które ograniczyły alokację podczas oferty publicznej i zmusiły część podmiotów do nabywania walorów na rynku wtórnym.

W pozostałych przypadkach spółki oferowały mniejsze lub większe dyskonto wobec wyceny ustalonej przez oferującego przy ustalaniu ceny emisyjnej walorów. Średnio dla 30 debiutantów, jacy pojawili się na warszawskim parkiecie od grudnia 2003 r., wyniosło ono ponad 14%. W 11 przypadkach było ono równe lub większe niż 20%. W kontekście sporych rozbieżności pomiędzy ceną sprzedaży akcji i ich wyceną przez oferującego rodzi się kilka pytań. Można zastanawiać się nad rzetelnością takiej wyceny i tym, na ile ma ona spełniać rolę "wabika" na sprzedawane papiery. Istnieje możliwość, że spółka jest "zmuszona" pozyskać kapitał (przykład Hygieniki) i w związku z tym decyduje się na zaakceptowanie niskiej ceny za walory. Jednocześnie zwraca się uwagę, że ustalenie ceny emisyjnej powinno uwzględniać zarówno interesy spółki, właścicieli sprzedających akcje, jak i podmiotów je nabywających. Pierwsi w swoim dążeniu do uzyskania jak najwyższej ceny powinni uwzględnić to, by zostawiała ona jeszcze wzrostowy potencjał na przyszłość, co zachęcałoby do kupna walorów nowych inwestorów.

Reklama
Reklama

Postawienie generalnej tezy o nierzetelności wycen byłoby krzywdzące dla sporządzających je. Okazuje się, że jedynie w trzech przypadkach na jedenaście, gdy różnica pomiędzy ceną emisyjną a wyceną wynosiła 20% i więcej, na debiucie nie dało się zarobić, a w pięciu aktualny kurs na giełdzie jest niższy od ceny emisyjnej. Zatem w większości wypadków duże dyskonto zwiększało szanse na dobre pierwsze notowanie. Zyski wtedy były całkiem przyzwoite - nawet ponad 50% w przypadku Swissmedu, 29% dla Śnieżki czy 18% dla Ceramiki Nowa Gala.Musimy też pamiętać, że kwestia różnicy pomiędzy wyceną akcji a ich bieżącym kursem nie dotyczą jedynie nowych spółek na giełdzie. Co więcej, sytuacje gdy wartość rynkowa firmy jest bardzo zbliżona do teoretycznej wyceny (opartej z założenia na modelach zawierających pewne uproszczenia), są raczej rzadkością i do tego utrzymują się jedynie przez krótki czas. W przypadku ofert publicznych sprawa ma jednak większe znaczenie, gdyż często uczestniczą w nich osoby mniej obeznane w arkanach giełdowych inwestycji, dla których opinia ekspertów z biur maklerskich, a tym bardziej z biura, które oferuje akcje (więc w powszechnym rozumieniu najwięcej wie o spółce), jest prawie jak wyrocznia.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama