Rynkowe analizy to - zgodnie z marketingową nomenklaturą - "produkty", które brokerzy "oferują" inwestorom jako "narzędzie", mające ułatwić im podejmowanie inwestycyjnych decyzji. Część analizy może stanowić rekomendacja (odpowiedź na pytanie, co zrobić z papierami spółki) albo prognoza wyników. Na przykład, na kwartał.
Właśnie co kwartał wykonuję kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Układam prognozy biur w tabeli i za pomocą prostych formuł w programie excel wyciągam z nich średnie arytmetyczne. W ten sposób badam, jaki jest "rynkowy konsensus" dla danej spółki. Ślęczę nad cyferkami całymi godzinami.
Domy maklerskie określają prognozy z angielska i zamiennie: "prewiu", "forkasts" bądź - bardziej ostrożnie - "preliminary forkasts" (prognozy wstępne, czyli prognozy przed prognozami). Od ostatniego poniedziałku żałuję, że środowisko analityków nie określa prognoz mianem "autluki". Byłoby wyjątkowo trafne. Część z prognoz ma luki, a część bym wyautowała.
Bo niech mi ktoś powie, jaką wartość ma prognoza wzrostu wyników w IV kwartale 2004 roku pewnego dużego operatora (w Międzynarodowych Standardach Rachunkowości, skomplikowana, bo dla grupy), jeśli jej autor nie zna wyników tegoż operatora sprzed roku? I nie on jeden! Takich autorów w ten feralny poniedziałek naliczyłam kilku. Niech mi wybaczą wendetę.
Przyznaję: w raporcie za czwarty kwartał 2003 r. wzmiankowanego operatora nie było danych kwartalnych, tylko roczne. W tej sytuacji nasi bohaterowie (sześć biur maklerskich) mieli do rozwiązania następującą łamigłówkę: