Czy wiedzą Państwo, na czym polega największy paradoks rynków finansowych krajów, które chcą wprowadzić euro? A no na tym, że akcesja do EMU - z definicji korzystna dla gospodarki i rynków - jest postrachem pracowników sektora finansowego. Po co bowiem dilerzy walutowi, gdy nie będzie już złotego? Po co specjaliści od zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym? Itp., itd.

Ostatnio nasi krajowi finansiści mogli odetchnąć z ulgą, bo Komisja Europejska pogroziła Polsce palcem i - wskazując na mizerne postępy w reformach fiskalnych - stwierdziła, że wejście do strefy euro w 2009 roku staje się coraz mniej prawdopodobne. I znowu wszystkiemu winna jest polityka fiskalna. Tak jakby w Brukseli nie wiedzieli, że w Polsce mamy rok wyborczy... Cóż, można się tylko pocieszać, że w dziedzinie rozdawnictwa polscy politycy mogą się jeszcze wiele nauczyć od naszych dużych, europejskich braci.

Zostawmy jednak politykę fiskalną, która - choć służy jako dyżurny chłopiec do bicia - może nie być wcale największym problemem w procesie konwergencji. Choćby dlatego, że kryteria fiskalne są kryteriami "miękkimi", a ich spełnienie zależy w równym stopniu od wysiłków państwa-kandydata, jak i dobrej woli dotychczasowych członków EMU. Problemem zaś może być - zwykle pomijane w analizach - kryterium inflacyjne. Szczególnie w świetle ostatnich oczekiwań odnośnie do obniżek kosztu pieniądza.

Jak twierdził Stańczyk, w Polsce najwięcej jest lekarzy. Śledząc ostatnie publiczne polemiki wydaje się jednak, że wszyscy w naszym kraju są członkami RPP i wiedzą najlepiej, co zrobić ze stopami. Tylko że w dyskusji dominują argumenty rodem z najświeższych komunikatów GUS-u. Pomijany jest zaś inny ważki temat, czyli to, jak dzisiejsze decyzje wpłyną na bezproblemowy przebieg procesu konwergencji. I tu czas na małą arytmetykę. Załóżmy optymistycznie, że Polska wejdzie do strefy euro w 2010 roku. Oznacza to, że w latach 2008-2009 będziemy przebywać w mechanizmie kursowym ERM2. A w ciągu tych dwóch lat najmniej pożądaną rzeczą, która może się przytrafić bankowi centralnemu, jest wysoka inflacja. Wyobraźmy sobie bowiem, że za pomocą jednego instrumentu (stopy procentowej) bank centralny będzie musiał wpływać zarówno na wysoką inflację, jak i mocnego złotego. Cóż, jest to niezły zestaw sprzecznych celów. Z tej perspektywy najbardziej optymalnym rozwiązaniem byłoby, gdybyśmy do ERM2 weszli z ustabilizowaną, niską inflacją i niskimi stopami procentowymi. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby taka sytuacja utrwaliła się jeszcze przed wejściem do systemu kursowego. Dlaczego? Bo niskie stopy to zwykle mniejsza presja na umocnienie złotego. A przecież nikomu nie zależy, byśmy do ERM2, a potem do strefy euro, wchodzili z przesadnie mocnym złotym. Tak więc byłoby dobrze, gdyby inflacja i stopy pozostawały niskie już w 2007 r. A może i 2006. Wziąwszy pod uwagę, że decyzje monetarne zwykle oddziałują na gospodarkę z opóźnieniem ok. 6-8 kwartałów, łatwo możemy policzyć, że to, co będzie dziać się z polityką pieniężną w tym roku, będzie mieć niebagatelny wpływ na to, jak sprawny będzie proces konwergencji.

Ciekawe, czy tegorocznym decyzjom RPP będzie towarzyszyć cicha radość dilerów?