W ostatnich dniach byliśmy świadkami żałosnego spektaklu. Najpierw okazało się, że są kłopoty z finansowaniem służby zdrowia. Ponieważ jednak zdarza się to co roku, nikt się nie zdziwił.
Potem do drzwi szpitali zastukali komornicy, którzy na podstawie znowelizowanego kodeksu postępowania cywilnego uzyskali większe prawo do egzekwowania długów, z zajmowaniem kont włącznie. Niby rzecz normalna, ale biorąc pod uwagę dramatyczną sytuację finansową polskich szpitali, oczywiście trudna do zaakceptowania. Nic dziwnego, że zdesperowani pracownicy rozpoczęli strajki, a Sejm zajął się szybką zmianą kodeksu.
Wreszcie przed placówkami służby zdrowia pojawił się sam minister z rozsądną propozycją. Budżet spłaci Wasze długi. Warunek jest w gruncie rzeczy tylko jeden: musicie się zgodzić na takie zmiany prawne, które uniemożliwią zaciąganie dzikich długów w przyszłości, pod groźbą bankructwa. Nie ma głupich - odpowiedzieli na to związkowcy z Solidarności - nam się długi bardzo podobają. Rząd ma po prostu dziś spłacić zobowiązania obecne, a za rok czy dwa zgłosić się znowu, aby spłacać te, które zostaną na nowo zaciągnięte. A po kolejnych dwóch latach kolejne. I tak dalej...
W ślad za odważnymi związkowcami murem stanęli politycy. Trzeba zablokować tę ustawę, bo przez nią komornicy zabierają ludziom pensje! - krzyknęła sejmowa większość, w oczywisty sposób albo kłamiąc, albo nie rozumiejąc, nad czym głosuje, bo zabieranie przez komorników pieniędzy nie miało nic wspólnego z ustawą. To dzika prywatyzacja służby zdrowia! - ogłoszono, zdradzając się z tym, że celem związkowych strajków jest po prostu zablokowanie wszelkich rynkowych przemian, a prywatyzacja jest złem najgorszym. No i ustawę udało się zablokować.
W ten sposób szpitale znalazły się dokładnie tam, gdzie poprzednio. Sejmowym politykom, z tymi, którzy głoszą poparcie dla rynku i przedsiębiorczości, na czele, zabrakło odwagi (albo wiedzy) - aby oprzeć się kłamliwej, antyrynkowej demagogii. Szpitale są jak dawniej zadłużone, a ich długi będą rosnąć, bo wszyscy doskonale wiedzą, że nie ma co się bać przykrych konsekwencji. Nieudolne zarządzanie, które w jakimkolwiek prywatnym przedsiębiorstwie (a nawet państwowym, ale poddanym rygorom rynku) byłoby nie do pomyślenia, uzyskało gwarancję kolejnych lat bezkarności. Dla kombinatorów, wyciągających ze szpitali pieniądze - łatwo to robić, bo za długi nikt nie odpowiada - drzwi stanęły na powrót szerokim otworem.