Muszę pochylić się na chwilę nad piątkowym raportem z USA, bo nie zgadzam się z niektórymi komentarzami zapowiadającymi trwałą poprawę na rynku pracy. Zaznaczyć przy tym jednak należy, że nie chodzi mi o deprecjonowanie piątkowych danych, czy już danych za marzec. Choćby tylko modele oparte na Initial Claims czy subindeksy zatrudnienia niektórych wskaźników (rekord w ISM dla usług) wskazują, że wczorajsze dane nie były przypadkowe. Pierwsze mocniejsze rozczarowanie spotka inwestorów najwcześniej w kwietniu.

Zobaczmy dla przykładu ankietę Challengera, która obrazuje planowane zwolnienia (przesunięcie do payrolls o kilka miesięcy) w największych amerykańskich firmach. Patrząc na ostatnie 15 lat tego wskaźnika, w lutym średnia liczba planowanych zwolnień wynosi tylko 57 tys. Najlepiej jest w maju (41 tys.), a najgorzej w styczniu (83 tys.). Widać z tego, że w lutym liczba planowanych zwolnień spada średnio aż o 26 tys. To dość istotna wiadomość, pozwalająca w interpretacji "odfiltrować" wpływ sezonowości z tych danych. Lutowy spadek m/m jest jednocześnie największym spadkiem w całym roku.

A jak było w lutym tego roku? Planowane zwolnienia niespodziewanie jak na luty (na 15 lat tylko raz się to zdarzyło) wzrosły o 16 tys., do 108 tys. Zresztą ankieta systematycznie trochę straszy już od września. Wszystko "dzięki" ostatnio modnym fuzjom wymuszającym zwolnienia. Analitycy na razie tym się nie przejmują. Podobnie jak zaskakującym czwartkowym wzrostem wydajności pracy, który przecież z jednej strony zwiększa zyski firm, ale w dłuższym terminie kreuje bezrobocie. Wystarczy wspomnieć, że pracę wykonywaną w 2001 r. przez 100 pracowników wykonuje teraz tylko 88. Postraszyłem, ale do kwietnia/maja byki mają czas. O, to zupełnie jak z polską polityką...