Dotychczas zwykle było tak, że ogólne nastroje w tzw. krajach rozwijających się sprawiały, że kursy ich walut podlegały podobnym trendom. To samo dotyczyło rynków akcji i obligacji. Ostatnie wydarzenia na polskim rynku tendencję tę potwierdzają. Co więcej, jeszcze kilka miesięcy temu, tak zaskakujące dane jak te, z którymi mieliśmy do czynienia w tym tygodniu (spadek inflacji, niższe płace) wywołałyby wielki popyt na polskie obligacje. Tymczasem rentowność papierów dłużnych wzrosła, a złoty osłabił się przez tydzień o ok. 5%.

Powodów takiego ruchu można szukać w nieco egzotyczniejszych krajach, tj. Republice Południowej Afryki oraz Turcji, których waluty (rand i lira) osłabiły się w podobnym stopniu. Ten efekt "jednej strefy czasowej" dotknął także węgierskiego forinta oraz czeską i słowacką koronę, co dobrze oddaje średnia dziennych zmian kursów walut sześciu krajów wschodzących. Wykres pokazuje także, że korekta w Polsce była nieco większa niż średnio w regionie, co należy wiązać z generalnie mocniejszym poziomem, na którym znajdował się złoty. Należy pamiętać, że z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia na początku tego roku, kiedy również fala osłabienia dotknęła wschodzące rynki. Jednak tym razem wykres wygląda nieco "groźniej" - ostatni ruch był wyjątkowo łagodny i z tech-nicznego punktu widzenia można się spodziewać dalszej deprecjacji. Tylko że osłabienie w regionie może okazać się nie dość silnym argumentem, żeby na dłuższy czas odciągnąć inwestorów od polskich aktywów. Przecież poza wyborami, o których zresztą od dawna wiadomo, sytuacja gospodarcza znacząco się nie zmieniła.

Niewykluczone zatem, że po chwili "zdrowej korekty" moda na Polskę powróci i kurs z powrotem przesunie się poniżej 4 EUR/PLN. Obecnie jednak, szybki powrót do aprecjacji wydaje się mało prawdopodobny i złoty może pozostać w okolicy 4,10 zł za euro.