Ostatnie spadki cen akcji na rynkach wschodzących (i nie tylko) wyglądają jak klasyczny początek sezonowego odpływu kapitału, analogicznego do tych, które rozpoczęły się na wiosnę 1998, 2000, 2002 czy 2004 roku. Różne miary globalnego apetytu na ryzyko - takie jak np. spread indeksu J.P. Morgana obligacji gospodarek "wschodzących" EMBI - osiągnęły w ostatnich tygodniach poziomy obserwowane w przeszłości jedynie na początku 1994 roku, w II połowie 1997 roku oraz na początku ubiegłego roku. To sugerowało, że EM czeka - jeśli nie krach á la 1994 czy 1997-1998 - to przynajmniej kilkunastoprocentowa korekta, analogiczna do tej z kwietnia-maja 2004. Podobne wnioski płynęły z analizy zachowania "globalnej płynności", dynamika której według niektórych miar (np. wielkości rezerw banków centralnych) spadała gwałtownie od pół roku, zapowiadając rychły wzrost premii za ryzyko. Równocześnie zupełnie fascynujące było zachowanie wielu wskaźników, które można traktować jako miary krajowego. W lutym nastąpił rekordowy odpływ kapitału z funduszy akcyjnych, tydzień temu Wigometr zanotował najniższą wartość w historii (-59), a zarządzający ankietowani przez prasę oczekiwali spadku. Tego typu nastrój zwykle towarzyszy ustanawianiu przez rynki istotnych minimów i raczej nie sugeruje na krótką metę dużego potencjału spadkowego. Oczywiste krótkoterminowe wsparcie dla WIG20 znajduje się w strefie 1830-1870 pkt. Ewentualne osiągnięcie tego celu zrównałoby rozmiar obecnych spadków ze średnią dla trzech największych korekt minionych 2 lat (IX'03, X-XI'03, IV-V'03). Wspomniane korekty hossy trwały 4-5 tygodni. Kolejne minimum globalnego cyklu 40-tyg-odniowego wypada w okolicach maja.
Lutowa dynamika produkcji przemysłowej (+2,1%) była najniższa od sierpnia 2002. W okresie minionych 8 lat tak niska realna dynamika produkcji była spójna z realną roczną dynamiką WIG rzędu -6,7%, co oznacza, że WIG "powinien" być w lutym znacznie bliżej 22 tysięcy niż 28 tysięcy pkt. Być może marcowe spadki stanowią formę powrotu do "fundamentów".