Na tle innych rynków warszawska giełda wypadła wczoraj bardzo dobrze. Wyglądało tak, jakby podaż ze strony zagranicznych inwestorów znacznie zmalała i na placu boju pozostały jedynie krajowe podmioty. Kolejny ruch złotego wywołał zaniepokojenie jedynie w początkowej fazie notowań. Potem było już dużo lepiej. Rodzi się jedynie pytanie, czy taki przebieg sesji nie był jedynie pochodną skromnej podaży. Jeśli tak i sprzedających rzeczywiście ubyło, to dziś stabilizacja kursów powinna się utrzymać, a nawet możliwy jest wzrost. Jednak w dalszej perspektywie sytuacja nie wygląda korzystnie.
Trzeci tydzień spadku na giełdach w Stanach Zjednoczonych znacząco pogorszył obraz tamtejszych indeksów. Nasdaq znalazł się poniżej styczniowego dołka, dając sygnał do zniżki o dalsze 100 pkt. S&P 500 znalazł się niebezpiecznie blisko szczytu z początku 2004 r. przy 1160 pkt. Zniżka poniżej niego byłaby argumentem przemawiającym za zakończeniem okresu dobrej koniunktury, trwającego od dwóch lat. Szybko pogarsza się nastawienie inwestorów do akcji z emerging markets, a aktywność naszej gospodarki wyraźnie "siada". Gdzie tu znaleźć powody do kupowania akcji po wyraźnie wyższych cenach od obecnych?
Sytuacja jest tym gorsza, że rynki giełdowe są tuż po niespodziewanej fali wzrostowej, jaka zaczęła się w drugiej połowie stycznia i wyniosła większość światowych indeksów do nowych szczytów. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że ten ruch był bardziej oparty na czynnikach spekulacyjnych związanych z globalnymi przepływami kapitałów niż z fundamentami. Na wielu parkietach doszło do nadmuchania spekulacyjnych bąbli. Jednym z lepszych przykładów są węgierskie akcje, które nie znajdują teraz zbyt wielu chętnych do kupna nawet po ponad 10-proc. spadku.
W największym zagrożeniu są posiadacze walorów największych firm. Szczególnie chodzi tu o banki. WIG-Banki przełamał w poniedziałek linię siedmiomiesięcznego trendu rosnącego. To powinno doprowadzić do testu szczytu z wiosny 2004 r.