Zerknijmy na USA, ale bynajmniej nie na wyczekiwane dane z rynku pracy, które mocno rozczarowały, choć o miesiąc wcześniej niż oczekiwałem. Większość serwisów pominęła w tym tygodniu dość ciekawą informację podaną przy środowym amerykańskim PKB. Mowa o rządowych szacunkach dynamiki wzrostu zysków spółek, które po podatkach wzrosły aż 13,4% w IV kwartale To najwyższa wartość od II kwartałów 1987 r. Ten rok wzbudza jednoznaczne skojarzenia z giełdowym krachem z października. Jak to możliwe, że przy takiej dynamice zysków dochodzi do załamania rynku akcji? Odpowiedź dość oczywista - rynek akcji dyskontuje te dobre informacje, a potem jeszcze nadmiernie rośnie na fali optymizmu w czasie ich publikacji.
Warto więc zauważyć, że obecna sytuacja wygląda bardzo analogicznie. Szczyt Dow Jones w 1987 r. wypadł na koniec drugiego miesiąca kwartału następnego po rekordowych zyskach. Dow Jones w tym roku też szczyt zrobił 1-2 tyg. po analogicznym punkcie w kalendarzu. Dyskontowane dobre dane stały się powszechnie znanymi faktami i rynek zaczął spadać. Biorąc pod uwagę, że październik w 1987 r. był czwartym miesiącem po zakończeniu rekordowego kwartału, to bykom ciarki chodzą teraz po plecach na widok kwietniowej kartki w kalendarzu (czwarty miesiąc po rekordowym kw.).
Taką zależność pokazuje też inny zestaw rekordowych danych/wskaźników. Skoro jesteśmy przy zyskach spółek, to warto zobaczyć zyski firm z S&P500 skorygowanych o inflację, które po ostatnim kwartale wzrosły wyraźnie powyżej 50-letniego kanału wzrostowego. Byki się cieszą dużymi zyskami spółek, a niedźwiedzie przypominają, że analogiczne zyski wykraczające poza "stabilną" gospodarkę (średnia jest około dwa razy niżej) spółki zanotowały na tym poziomie tylko w... 2000 r. Też jakoś źle się to kojarzy.