Podobnie jak Greenspan miliony starszych Amerykanów odchodzą na emeryturę później niż kiedyś. Odwróciło to obserwowaną od XIX wieku tendencję systematycznego skracania okresu aktywności zawodowej. W ten sposób Amerykanie w praktyce realizują to, o co deputowani z obu partii od lat kłócą się w Waszyngtonie - znajdują sposób na utrzymanie systemu emerytalnego utworzonego przed 70 laty. Wciąż bowiem do niego dopłacają, a jeszcze nie pobierają zasiłków, do czego z racji wieku byliby już uprawnieni.
Politycy toczą zaś spór wokół tego, jak podnieść w USA wiek emerytalny, bo wiadomo, że byłby to najmniej bolesny sposób uratowania systemu zabezpieczeń społecznych. Sprzeciwiają się temu jednak związki zawodowe, bo im starsi dłużej pracują, tym trudniej o pracę dla młodych. Przeciwna jest także AARP, największa organizacja lobbystyczna seniorów.
Wygląda jednak na to, że w ostatnich latach słabnie owa presja polityczna przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego, bo tak czy owak Amerykanie coraz dłużej pracują. Udział starszych obywateli USA wciąż zaliczanych do siły roboczej jest obecnie najwyższy od 1972 r. Również dlatego, że pracuje coraz więcej kobiet. Departament Pracy poinformował, że w ub.r. 36,2% tych, którzy skończyli 55 lat i starszych nadal pracowało lub szukało pracy. W latach 90. odsetek ten oscylował wokół 30%. A to oznacza, że miliony ludzi będą płacić składki na tamtejszy ZUS przez najbliższe 20 lat.
Rosnący udział seniorów w sile roboczej jest naturalnym skutkiem starzenia się amerykańskiego społeczeństwa. Amerykanie bowiem nie tylko dłużej żyją, ale są też ogólnie biorąc coraz zdrowsi także w podeszłym wieku. W ub.r. tzw. aktywnych planów emerytalnych sponsorowanych przez pracodawców było w USA nieco ponad 31 tys., a w 1985 r. ponad 114 tys.
Bloomberg