Po spadku w poprzednią środę do najniższego poziomu od siedmiu tygodni, ceny ropy naftowej zaczęły znów rosnąć, by wczoraj przekroczyć w Londynie 53 USD za baryłkę. Do zmian notowań w decydującym stopniu przyczyniły się rozważania dotyczące podaży paliw płynnych.
O wystarczających dostawach świadczył najnowszy raport OPEC, który wykazał wzrost wydobycia w marcu o 300 tys. baryłek dziennie. Zapowiedziano też zwiększenie, dzięki nowym wierceniom, rezerwowych mocy wydobywczych. W tych warunkach zwyżkę notowań do 100 USD za baryłkę, sugerowaną przez Goldman Sachs Group, uznano za mało prawdopodobną. Opinię taką wyraził minister ds. ropy Kataru Abdullah bin Hamad al-Attiyah.
Jednak z drugiej strony powróciły obawy, że zmniejszone wykorzystanie mocy produkcyjnych amerykańskich rafinerii - w tygodniu do 8 kwietnia z 93,7% do 91% - może utrudnić zaopatrzenie w benzynę. Ponadto w minionym tygodniu zmalały rezerwy ropy w USA. Pojawiły się też głosy, że towarzystwa naftowe nie przeznaczają dostatecznych środków na poszukiwanie i eksploatację nowych złóż. Według eksperta Lehman Brothers, nakłady te wyniosą w 2005 r. 176,8 mld USD w porównaniu z kwotą 211 mld USD rocznie, uznaną za niezbędną przez Międzynarodową Agencję Energetyczną.
Ponieważ przeważyły nastroje pesymistyczne, w Londynie za baryłkę gatunku Brent z dostawą w czerwcu płacono wczoraj po południu 53,56 USD w porównaniu z 52,94 USD w końcu sesji wtorkowej i 50,48 USD w poprzednią środę.