To zasadniczy zwrot w strategii adwokatów 58-letniego byłego szefa konglomeratu, działającego m.in. w branży telekomunikacyjnej - Tyco International. W pierwszym procesie, który zakończył się unieważnieniem, Kozlowski nie składał zeznań.
Drugi proces przeciwko Kozlowskiemu oraz jego współpracownikowi Markowi H. Swartzowi toczy się od trzech miesięcy przy dużo mniejszym zainteresowaniu mediów niż w przypadku pierwszej sprawy. Prokuraturze udało się do tej pory przesłuchać 24 świadków, którzy zeznawali przeciwko byłym szefom Tyco. Ostatnim ze świadków oskarżenia była Dolly Lentz, agentka nieruchomości z Nowego Jorku, według której Swartz usiłował kupić za 1,2 mln USD z Tyco 13 apartamentów w jednym z luksusowych budynków w pobliżu Parku Centralnego na Manhattanie. Według Lenz, ostatecznym nabywcą nieruchomości miał być Swartz, a nie jego firma.
Teraz przyszła kolej na argumenty obrony. Kozlowski, który pojawił się jako jeden z pierwszych na miejscu dla świadków bronił swojej niewinności. Przyznał jednak, że jego dochody były nieprzyzwoicie wysokie. Nie potrafił też wytłumaczyć, dlaczego w jego zeznaniach podatkowych nie zostało uwzględnione umorzenie kredytu od Tyco na 25 mln USD. Jak łatwo się domyślić, osobą, która podjęła dacyzję o darowaniu długu, był... sam Kozlowski.
Obu oskarżonym grozi nawet do 25 lat więzienia za kradzież, oszustwa inwestycyjne i inne domniemane przestępstwa związane z przyznawaniem gigantycznych premii i innych świadczeń czerpanych z Tyco.
Pierwszemu procesowi towarzyszyła atmosfera sensacji. Media szeroko rozpisywały się o rozrzutności Kozlowskiego i jego kolegów. Do legendy przeszła już zasłona do prysznica za 6 tys. USD w luksusowym apartamencie byłego szefa spółki Tyco. W przedpokoju tego mieszkania miał stać stojak na parasole za 15 tys. USD, a w jednym z gabinetów słynny już kosz na śmiecie za 2 tys. USD. Nawet te detale nie przekonały jednak wszystkich ławników o winie Kozlowskiego.