W mijającym tygodniu sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny zaakceptowała zasady corocznego wzrostu najniższych wynagrodzeń. Zgodnie z nimi, jeśli płaca minimalna będzie niższa od połowy przeciętnego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej, powiększy się ją o wartość inflacji oraz 2/3 prognozowanego na dany rok wzrostu PKB.
Zdaniem wiceministra gospodarki Piotra Kulpy, waloryzacja najniższych poborów na powyższych zasadach spowoduje tylko wzrost kosztów zatrudnienia pracowników. - Tymczasem ministerstwo przedstawiło lepszą propozycję, która zakłada wzrost najniższych płac netto bez podnoszenia kosztów pracy - dodał wiceminister.
Osoba najniżej uposażona otrzymuje dziś na rękę 617 zł. Łączne koszty ponoszone przez pracodawcę wynoszą w tym przypadku 1040 zł. Gdyby przyjęty przez komisję projekt wszedł w życie, a w przyszłym roku inflacja wyniosłaby np. 3,5%, a planowany wzrost PKB - 5%, najniższa pensja netto wzrosłaby o ok. 40 zł. Koszty pracodawcy wzrosłyby jednak znacznie bardziej, bo prawie o 70 zł, i sięgnęłyby 1110 zł.
- Przyjęcie projektu rządowego oznaczałoby zaś zachowanie kosztów pracy przez najbliższe dwa lata na obecnym poziomie i wzrost płacy netto o 10,9% - wylicza Piotr Kulpa. - Innymi słowy, pracodawca wciąż płaciłby 1040 zł, ale pracownik dostawałby z tego "na rękę" 695 zł - dodaje wiceminister. Uważa on, że parlamentarzyści odrzucili projekt, bo po prostu go nie rozumieją.
Zupełnie inne zdanie ma na ten temat przewodnicząca tej komisji Anna Bańkowska. - Ministerstwo po prostu nie przedstawiło takiego projektu - powiedziała nam posłanka SdPl. - Propozycja jest podobno wciąż w uzgodnieniach międzyresortowych, ale my jej nie mamy, więc nie mogliśmy jej w ogóle brać pod uwagę - dodała.