Niemal ciągły spadek kursu akcji DaimlerChrysler jest powodem coraz ostrzejszej krytyki pod adresem prezesa tej spółki Juergena Schremppa. W ciągu minionych pięciu lat papiery te staniały o 53%. Największym udziałowcem spółki wciąż jest Deutsche Bank, którego radzie nadzorczej przewodniczy zresztą Rolf Breuer, były szef rady giełdy. Taki układ dotychczas gwarantował prezesowi trwanie na stanowisku. Wśród znaczących udziałowców wymienia się jednak coraz częściej Brandes Investment Partners z San Diego, Kuwait Investment Authority czy władze Dubaju.
Schremppa ostro krytykują też krajowi akcjonariusze. Mający 15 mln papierów spółki frankfurcki Union Investment wypomina mu, że w ub.r. zysk spółki wyniósł niecałe 2,5 mld euro, a w 2000 r. sięgał 7,9 mld euro.
Nieoczekiwana dymisja prezesa niemieckiej giełdy Wernera Seiferta i szefa jej rady nadzorczej Rolfa Breuera została spowodowana kampanią dużych zagranicznych inwestorów, londyńskiego TCI Fund Management i nowojorskiego Atticus Capital. Oba te fundusze hedgingowe nie zgadzały się na przejęcie przez frankfurcki rynek giełdy w Londynie, a już na pewno nie za proponowaną przez zarząd cenę 2,5 mld USD. Fundusze domagały się przeprowadzenia głosowania na walnym zgromadzeniu spółki na temat planowanej transakcji. Seifert i Breuer nie zgadzali się na to. Twierdzili, że to oni kierują firmą i ich decyzje nie muszą podobać się wszystkim.
W końcu okazało się, że to akcjonariusze mają rację, ale kierownictwo Deutsche Boerse musiało ustąpić tylko dlatego, że w czasie pierwotnej oferty publicznej w 2001 r. czołowe niemieckie banki sprzedały swoje udziały. W rezultacie największym akcjonariuszem jest teraz TCI dysponujący ponad 8% kapitału. Atticus ma ponad 5%.
Jeszcze pięć lat temu dymisja wymuszona przez zagranicznych udziałowców byłaby w Niemczech niemożliwa. Przez dziesięciolecia tamtejsze spółki, zwłaszcza te największe, wymieniały się między sobą udziałami i stanowiskami w zarządach i radach nadzorczych. I to się zmienia, aczkolwiek powoli. Na koniec 2003 r. 17% akcji niemieckich spółek należało do zagranicznych inwestorów. W latach 60. było to mniej niż 5%.