Wczorajsza sesja mogła wyjaśnić techniczne wątpliwości odnośnie zachowania rynków akcji w najbliższych tygodniach. Jej początek - na rynkach amerykańskich - nie wskazuje, żeby do przełomowych wydarzeń miało dojść. Najpierw zastanówmy się nad konsekwencjami znacznego wzrostu kursów. W takim wypadku doszłoby do przebicia spadkowej linii trendu na wykresie Nasdaq Composite. Ponieważ o wartości indeksu decydują przede wszystkim spółki technologiczne, których wyniki finansowe są bardzo czułe na tempo wzrostu gospodarczego, byłby to sygnał, że ustępują obawy o utrzymanie wysokiej dynamiki amerykańskiego PKB. O ile nie doszłoby do zakończenia średnioterminowego trendu spadkowego, to byłaby szansa przynajmniej na jego istotną korektę. Na przykład do 2075 pkt. na wykresie Nasdaq Composite. Tymczasem pierwsze godziny sesji za Atlantykie wskazują co najwyżej na lekki wzrost notowań. To potwierdzenie piątkowej świecy wysokiej fali, która wskazuje, że po krótkoterminowym wzroście na rynku zapanowała równowaga. Pozostaje otwarte pytanie czy rynek zbiera siły przed atakiem na opór czy też starcił impet w najmniej odpowiednim momencie.

Co załatwiłyby większy spadek notowań? W dość delikatny miejscu, po piątkowej przecenie, znalazł się S&P 500. Wykres zniżkował do krótkoterminowe linii trendu wzrostowego (przebiegającej przez dołki z 20 i 28 kwietnia). Niemal dokładnie na tym samym poziomie znalazła się spadkowa linia trendu, którą indeks przełamał na początku maja. Jeszcze jedna sesja na minusie byłaby równoznaczna z zakończeniem wzrostowej korekty i zredukowałaby do minium szansę, że przecena z poprzedniego tygodnia to ruch powrotny do przełamanego wsparcia. Wzrost oznacza utrzymanie rynku - w krótkim terminie - na granicy trendu wzrostowego i bocznego. Górne ograniczenie tej specyficznej, wzrostowej konsolidacji, znajduje się na poziomie 1190 pkt. Najbliższy czas zapowiada się na rynkach rozwiniętych w miarę optymistycznie.