Po wczorajszych danych GUS nie podjąłbym się obrony tezy, że poziom notowań na GPW jest uzasadniony fundamentalnie. Tempo, w jakim spada dynamika wzrostu PKB, jest bowiem dość wysokie. Jeszcze po danych za pierwsze trzy miesiące 2004 roku gospodarka rozwijała się w tempie 7% rocznie. Po roku zostało z tego 2,1%. Ani w 1997 roku, ani w 2000 roku, kiedy tempo wzrostu polskiego PKB również obniżało się z poziomu 7-8%, nie działo się to tak szybko.
Do najniższego poziomu dynamika PKB dochodziła po 8-9 kwartałach spadku. W trzecim kwartale 1998 roku wynosiła ledwie 1,6%, w drugim kwartale 2001 r. tylko 0,5%. Na marginesie - gdyby tym razem miało być podobnie, a jednocześnie tempo, w jakim obniża się wzrost gospodarczy, miało zostać utrzymane, to skończymy w recesji. Wracając jednak do czasów, kiedy na wykresie wzrostu PKB budowane były dołki - w tym samym czasie roczna zmiana WIG20 była 30% poniżej zera. Teraz wzrost gospodarczy zbliża się do podobnego poziomu, co w 1998 i 2001 roku, ale roczna zmiana indeksu dużych spółek przekracza 10%. Na tej podstawie pokusiłbym się o dwie uwagi. Albo wiara w polską gospodarkę, jaką przejawiają inwestorzy (tak odczytuję wysoki poziom notowań) zostanie złamana i dojdzie do wyprzedaży akcji, co sprowadzi roczną zmianę WIG20 do poziomu adekwatnego do sytuacji gospodarczej. Albo sytuacja gospodarcza w kolejnym kwartale poprawi się, ale nie doprowadzi to wcale do wzrostu giełdowych notowań. Zadecydują o tym dane za drugi kwartał.
Do tego czasu inwestorzy instytucjonalni będą nerwowo obgryzać paznokcie. Nie sądzę, żeby po wczorajszym szoku decydowali się na kupowanie akcji po coraz wyższych cenach. Dlatego o powrót do hossy będzie bardzo trudno. Obrona obecnych poziomów wydaje się już bardziej prawdopodobna. Utrzymanie w trendzie bocznym to najlepsze, co może się obecnie zdarzyć naszemu rynkowi. Wszystko rozstrzygnie się w strefie wsparcia, rozciągającej się między 1809 i 1855 pkt. Gdyby nie doszło nawet do jej testowania, byłby to objaw siły rynku akcji.