Polska i Ameryka mają w tej chwili przynajmniej jedną cechę wspólną - więcej ciekawego dzieje się obecnie na rynku obligacji niż akcji. W piątek na obligacjach doszło do wydarzeń być może przełomowych. W reakcji na informację o ledwie 78 tysiącach nowych miejsc pracy w sektorach pozarolniczych, rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji spadła do 3,8%, najniższego poziomu od marca 2004 roku. Wynikało to z tego, że słabsze od oczekiwań dane z rynku pracy wzmocniły spekulacje o szybkim zakończeniu przez amerykańskie władze monetarne cyklu podwyżek stóp procentowych. Ale na tym poziomie dochodowość utrzymała się tylko na początku sesji. Pod koniec wynosiła już 3,91%. To przekonuje, że na dyskusje o zakończeniu cyklu podwyżek jest jeszcze za wcześnie. Zbudowana została świeca z bardzo długim dolnym knotem. Jednym z czynników wspierających taki właśnie rozwój wydarzeń jest drożejąca ropa naftowa. Przełamanie spadkowej linii trendu obejmujące ostatnie dwa miesiące notowań oznacza, że dotarcie ceny baryłki Brent do kwietniowego szczytu (56,51 USD) jest bardzo prawdopodobne. A to nie pozwala zapomnieć o groźbie inflacji.

Bardzo podobnie kończyła się zwyżka na wykresie rentowności obligacji pod koniec marca tego roku. Najpierw trend wzrostowy przyspieszył, później był gwałtowny wyskok w górę, w czasie którego zbudowany został wierzchołek. Swój udział w zmianie trendu miała również spadająca cena ropy naftowej. Malejąca rentowność obligacji była jednym z czynników wspierających rynek akcji. Teraz tego zabraknie.

Zachowanie indeksu S&P 500 w ostatnich dwóch tygodniach nie wyklucza zmiany trendu, przynajmniej w krótkim terminie. Od kiedy przekroczone zostało 62-proc. zniesienie marcowo-kwietniowej fali spadkowej i atak na szczyt na 1225 pkt stał się oczywisty, zwyżka straciła cały impet. Na wykresie zbudowany został rozszerzający się klin, którego dolne ramię przebiega na 1195 pkt. Przebicie tego wsparcia zmieni trend krótkoterminowy na spadkowy.