Analitycy doczekali się wczoraj obszernego opracowania GUS. Urząd statystyczny miał się w ten sposób "wytłumaczyć" z bardzo słabych danych dotyczących inwestycji w I kwartale. Zwiększyły się one tylko o 1% po wzroście o 7,4% w IV kwartale. Tymczasem - według prognoz ekonomistów - tempo wzrostu miało być nawet 2-cyfrowe.
Nic dziwnego, że po opublikowaniu znacznie słabszych danych ekonomiści otwarcie zaatakowali GUS, zarzucając mu błędy w szacowaniu środków trwałych. Zarzuty dotyczyły obliczania inwestycji w przedsiębiorstwach. W uproszczeniu można przyjąć, że w przypadku firm zatrudniających minimum 50 osób GUS posługuje się informacjami dotyczącymi nakładów pochodzących z bieżących sprawozdań finansowych. Z kolei w firmach mających maksymalnie 50 pracowników szacuje je na podstawie półrocznych sprawozdań z poprzedniego roku oraz badań sondażowych.
W I kwartale nominalne inwestycje w gospodarce wyniosły 27,3 mld zł i były znacznie niższe niż w IV kwartale ub.r. (64,1 mld zł). Dominujący udział w tej kwocie mają nakłady dużych przedsiębiorstw (11,9 mld zł), na drugim miejscu są tzw. pozostałe sektory (w tym małe i średnie firmy; wartość inwestycji to 9,7 mld zł), na trzecim gospodarstwa domowe (3,5 mld), na czwartym sektor rządowy i samorządowy (2,3 mld).
Według GUS, w I kwartale 2005 r. "twarde" dane stanowiły ok. 55% całości nakładów na środki trwałe. - Pozostałe 45% to szacunki. A to oznacza, że jest ryzyko pomyłki - mówi Michał Chyczewski, ekonomista z BPH. Zwraca uwagę, że GUS ma tendencję do zaniżania szacunków dotyczących inwestycji. Porównanie danych wstępnych i ostatecznych z 12 kwartałów z lat 2002-2004 wskazuje, że tylko w jednym przypadku była korekta w dół. We wszystkich pozostałych w górę. - To oznacza, że są spore szanse na to, że również w I kwartale br. inwestycje według danych ostatecznych będą większe - twierdzi M. Chyczewski.
Ekonomiści liczyli też na wyjaśnienie kwestii tzw. deflatora, czyli wskaźnika poziomu cen, za pomocą którego inwestycje są korygowane o inflację. - Dowiedziałem się, że GUS przyjął, że wynosi on 2,5%. Ale nadal nie wiem, skąd ta liczba się wzięła, dlatego moje wątpliwości nie zostały rozwiane - twierdzi Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE. - GUS przedstawił całą metodologię wyliczania deflatora, ale nie ujawnił, jakie wskaźniki cen wchodzą w jego skład - twierdzi M. Chyczewski. Przyznaje jednak, że sam poziom deflatora wydaje mu się "rozsądny".