Po dynamicznym zwrocie z 23 czerwca ostatni tydzień był systematycznym odrabianiem strat. Korektę zakończyliśmy już w poniedziałek na pierwszym z ważniejszych wsparć. Tym samym spadek nie sięgnął nawet 38,2% (ok. 1970 pkt) zniesienia fali wzrostowej rozpoczętej w połowie maja. Na głębszą korektę nie pozwolił koniec półrocza, który wymusił na funduszach "strojenie okienek", co szczególnie było widoczne na TP (rekomendacje), której tygodniowy wzrost był największy od lutego.
Paradoksalnie, tym razem ja wcale nie odbieram tak płytkiej korekty za byczy argument, mimo że wcześniej sam oczekiwałem kolejnej próby walki o nowe szczyty hossy. Przy utrzymujących się od wielu tygodni mocno pesymistycznych nastrojach (baza/Wigometr) znacznie lepsza dla trwałości trendu byłaby w ostatnim tygodniu głębsza realizacja zysków, oczyszczająca rynek z zagorzałych pesymistów i dopiero po tym, kolejny atak na szczyty. No, ale giełdowy kalendarz ma swoje prawa i window dressing wygrało.
Może zdanie miałbym teraz nieco bardziej optymistyczne, gdyby nie obroty na wczorajszej sesji. Od początku tygodnia trwała systematyczna wspinaczka, do tego węgierski BUX wychodząc na nowe szczyty hossy wywierał presję na GPW, a u nas w piątek widzimy znowu tylko mozolny wzrost wynikający jedynie z zupełnego braku podaży. Nie było agresywnego kupna rozbijającego prawą stronę. Wygląda to po prostu tak, jakby fundusze nie chciały już kupować, ale z drugiej strony przedłużony weekend w USA (dający pełną niezależność) i wzrosty rynków europejskich wymuszają ruch w górę. Nie chcę negować tego wzrostu, a jedynie zwracam uwagę, że nie jest to zachowanie rynku, który moim zdaniem świadczyłby teraz o możliwości trwałego wzrostu ponad ostatnie szczyty. Jeśli region zawróci, będziemy od niego słabsi.