Gawędziarstwo i konfabulacja to zachowania spotykane także w światku inwestorów. Można by traktować przechwałki gawędziarzy jako folklor, gdyby nie mity, które przez owe inwestycyjne bajania powstają. Bo, choć samochwały tworzą specyficzny, skądinąd może i wciągający, pełen mitomanii i iluzji szybkiego sukcesu klimat, to zaburzają widzenie rynku i szkodzą racjonalnemu pojmowaniu inwestowania. Inwestowania racjonalnego, którego klasycznym elementem jest ograniczanie ryzyka przez odpowiednią dywersyfikację (różnicowanie) portfela.
Opowieści o rzekomych niebywałych indywidualnych sukcesach inwestycyjnych bazują zwykle na micie o obdarzeniu "wybrańców" zdolnością do bardzo trafnego przewidywania "dołków", "górek", hossy i bessy i - oczywiście - zmiany owej tajemnej wiedzy w krociowe zyski. Ale przecież w praktyce raczej rzadko zdarza się, by ktoś faktycznie rok po roku, przez wiele lat z rzędu, bił na głowę rynek i konkurencję (innych inwestorów).
Naprawdę legendarnych geniuszy giełd jest bardzo niewielu. Zresztą, jak się czasami okazuje, ich sukcesy niekoniecznie mają związek z faktycznymi kompetencjami. Oczywiście, są zapewne inwestorzy, którym od czasu do czasu zdarza się - także dzięki "wyczuciu" rynku - kupić i sprzedać akcje, uprzedzając ruchy rynkowe. Wydaje się jednak, że często za owymi zdumiewającymi "sukcesami" stoją raczej: ślepy przypadek, przysłowiowy łut szczęścia i/lub - co fatalne dla rynku, acz zupełnie realne - bezczelna "gra pod insajdy", czyli wykorzystywanie informacji poufnych przez "lepiej poinformowanych". W zależności od konkretnego wypadku, ma to więcej wspólnego z loterią lub "kryminałem" niż z prawdziwym inwestowaniem.
W praktyce bowiem rzadko zdarza się pasmo sukcesów inwestycyjnych, które były efektem "szóstego zmysłu" inwestora. Strategie "timingowe" - ciągłe zmiany portfela w pogoni za "obstawianymi" ruchami rynku bywają mocno ryzykowne - generują koszty (bo za liczne transakcje trzeba przecież płacić), ale nie są żadną gwarancją sukcesu. Co więcej, można domniemywać, że część inwestorów - tak przy okazji - wyrządzi swojemu portfelowi więcej szkody niż pożytku. Duża aktywność transakcyjna, stawianie wszystkiego na jedną kartę, częste obracanie i zmiana wielkości pozycji to gra wciągająca, ale ryzykowna na tyle, że o ewentualnym w niej sukcesie może marzyć niewielu.
Dla większości zdroworozsądkowym rozwiązaniem jest dywersyfikacja. Narzędzie stosowane zresztą powszechnie przez zarządzających funduszami inwestycyjnymi - w obrębie wyznaczonej strategii (np. akcji polskich, akcji amerykańskich czy europejskich, obligacji) są to wszak zwykle dobrze zdywersyfikowane portfele papierów wartościowych i instrumentów finansowych. Dzięki temu posiadacz jednostek uczestnictwa nie musi się bać, że spadek kursu jednego z walorów zdemoluje zupełnie jego portfel. Dodatkowo, dzięki właściwej dywersyfikacji portfela funduszy może ograniczyć ryzyko rynkowe związane z poszczególnymi strategiami.