Czwartkowe zamachy w Londynie nasuwają oczywiście skojarzenia z atakami w Madrycie z 11 marca 2004 r. W obu przypadkach zamachy zastały główne indeksy europejskich rynków akcji w pobliżu szczytów trwającej od marca 2003 fali cyklicznej hossy. W 2004 roku bezpośrednia reakcja trwała ok. tygodnia, a większość indeksów na świecie nie była w stanie pokonać trwale poziomów z 11 marca aż do listopada (co zapewne nie miało już żadnego związku z atakami). Część sektorów, takich jak ubezpieczenia, transport czy turystyka, z pewnością bezpośrednio odczuwa skutki terroryzmu. Również ataki na USA z 11 września miały potężne globalne konsekwencje nie tylko geopolityczne, ale gospodarcze i finansowe, które będą jeszcze długo odczuwalne. Jednakże w przypadku wczorajszych ataków w Londynie brak jest przesłanek, by wyciągać z nich jakieś dalej idące wnioski. Narzucające się rozwiązanie hipotetycznego zadania z testu na inteligencję: "wpisz następny wyraz ciągu: 1999 - Jugosławia, 2001 - Afganistan, 2003 - Irak,...", brzmi oczywiście "2005 -????", ale nie wydaje się, by w obecnych warunkach czwartkowe zamachy mogły być uznane przez kogokolwiek za "casus belli" z jakimkolwiek krajem. Wojny są z natury zjawiskami o charakterze inflacyjnym, będąc doskonałym pretekstem do wzrostu wydatków rządowych. Ktoś cynicznie nastawiony do rzeczywistości mógłby zwrócić uwagę, że 3 wymienione powyżej konflikty rozpoczynane były w apogeum deflacyjnych lęków wywołanych najpierw kryzysem azjatyckim w 1997 roku, a następnie pęknięciem "technologicznej bańki" na rozwiniętych rynkach akcji po 2000 roku. Dzisiaj, gdy wszyscy o groźbie deflacji (poza Robertem Prechterem oczywiście) już dawno zapomnieli, nowy poważniejszy konflikt wydaje się mało prawdopodobny. Obecnej sytuacji (ropa po 60 dol.) bliżej do tej z początku lat 70., kiedy to wymuszona przez Francję (a raczej przez rynek) rezygnacja USA z wymienialności USD na złoto (czyli bankructwo) skłoniła tamtejszy rząd do wycofania swych wojsk z Wietnamu. Wszystko to może się oczywiście zmienić do października.