Sytuacja może się drastycznie pogorszyć na koniec roku, kiedy wygasną gwarancje rządowe zawarte w Terrorism Risk Insurance Act z 2002 r. Jeśli ustawa nie zostanie przedłużona, znikną zabezpieczenia wartości około 100 mld USD - do takiej sumy rząd USA gwarantował pokrycie strat. Firmy ubezpieczeniowe nie mają wyjścia - bez rządowego wsparcia groziłoby im bankructwo, w sytuacji gdyby terrorystom udało się przeprowadzić kolejny poważny atak. Z sygnałów, jakie napływają z Departamentu Skarbu USA, wynika jednak, że ciężar ryzyka powinien przejść teraz na sektor prywatny. Jedyne, na co mogłyby liczyć spółki asekuracyjne, to poważne ulgi podatkowe, nad jakimi zastanawia się Kongres.
Koszty ubezpieczenia rosną jednak w tempie astronomicznym. Przykładem może być lotnisko O'Hare w Chicago, jeden z kluczowych węzłów komunikacyjnych w USA. Przed zamachami z 11 września port lotniczy posiadał polisę na 750 mln USD, za którą płacił 125 tys. USD. Obecnie płaci za dużo niższe ubezpieczenie (150 mln USD) ponad 50--krotnie więcej, bo 6,9 mln USD.
Ubiegłotygodniowy atak w Londynie przypomniał o rosnącej rozbieżności między potrzebami rynku a niechęcią spółek asekuracyjnych do ryzykowania własnym kapitałem. Na proces ten zwraca także uwagę opublikowany w ubiegłym tygodniu 289-stronicowy raport OECD. Wynika z niego, że prywatny sektor nie jest w stanie udźwignąć problemu, a atak terrorystyczny na dużą skalę może być jeszcze bardziej brzemienny w skutkach, niż zamachy z 11 września 2001 r. Zwraca się też uwagę na ogromny rozdźwięk między Ameryką i Europą. W USA co druga firma zainteresowana jest kupnem antyterrorystycznej polisy, w Niemczech jest to zaledwie 3%.
Według Insurance Information Institute, ubezpieczone straty związane z zamachami z 11 września wyniosły łącznie 32,5 mld USD. To 30-krotnie więcej niż w przypadku jakiegokolwiek zamachu terrorystycznego, jaki miał miejsce w przeszłości.
(Nowy Jork)