Od tygodnia decydujący wpływ na ceny ropy naftowej mają warunki meteorologiczne w rejonie Morza Karaibskiego. Huragan Dennis sprawił, że w miniony czwartek notowania tego surowca osiągnęły rekordowy poziom - w Nowym Jorku 62,10 USD, a w Londynie 60,70 USD za baryłkę. Obawiano się bowiem gwałtownego zmniejszenia wydobycia ze złóż w Zatoce Meksykańskiej.
Ponieważ huragan ominął urządzenia naftowe, ceny ropy zaczęły spadać. Zniżkę notowań utrwaliły zamachy terrorystyczne w Londynie, gdyż uznano, że w atmosferze niepokoju może dojść do spowolnienia wzrostu gospodarczego w Europie i ograniczenia tam popytu na paliwa. Na spadek cen ropy wpłynął też odnotowany w poprzednim tygodniu wzrost rezerw oleju opałowego i napędowego w USA.
We wtorek na rynek powróciła zwyżka notowań, gdyż okazało się, że wskutek ewakuacji platform wydobywczych przed huraganem Dennis wydobycie w Zatoce Meksykańskiej zmalało przejściowo aż o 96%. To zaś może sugerować podobne problemy przy następnych kataklizmach.
Wczoraj zwyżka ceny ropy została przyhamowana, gdyż niepokój związany ze skutkami huraganów ponownie złagodziły dane o amerykańskich zapasach paliw płynnych. Wykazały one, że rezerwy oleju opałowego i napędowego wzrosły w zeszłym tygodniu bardziej, niż przewidywano.
W Londynie gatunek Brent z dostawą w sierpniu kosztował wczoraj po południu 59,15 USD za baryłkę w porównaniu z 58,82 USD w końcu sesji wtorkowej i 59,85 USD w poprzednią środę.