Czas poszukiwania pracy zaczął się na dobre. Nowych posad szukują najważniejsi decydenci naszego państwa: premier i ministrowie. Czy zatem stać ich jeszcze, z psychologicznego punktu widzenia, na poświęcenie dla dobra naszego państwa? Czy myślami nie są już w zacisznych, klimatyzowanych gabinetach na wysokich piętrach warszawskich biurowców, ze świadomością kilkudziesięciotysięcznych miesięcznych poborów?

Publikowane od kilku tygodni informacje o poszukiwaniu pracy przez naszych dostojników nie mogą nikogo dziwić. Kończy się misja tego rządu, a nie trzeba być prorokiem, żeby przewidzieć, że dla zdecydowanej większości jego członków, w nowym gabinecie miejsca nie będzie. Zresztą określenie "zdecydowanej większości" używam jedynie z powodu przesadnej ostrożności. "Nowy rząd" będzie "nowym" w pełni tego słowa znaczeniu.

Ten gabinet niczego ważnego już nie dokona. Stało się to zresztą oczywiste po głosowaniu nad samorozwiązaniem parlamentu. Prezydent ogłosił wtedy, że powstrzyma się z podpisaniem każdej ustawy, która będzie mieć istotne znaczenie dla funkcjonowania państwa. W takiej sytuacji Sejm i Senat stały się kilkumiesięczną oazą nierobienia niczego ważnego, a rząd skoncentrował się na bieżącym zarządzaniu państwem. Tzn. przepraszam: posłowie pracują nad ustawami, które są typową "kiełbasą wyborczą", wykazując tu zresztą dawno nie widzianą aktywność. Na dłużej pożytku z tych ustaw nie będzie, ale póki co budżetowi "się dołoży". W każdym razie i tak prawdziwej rozrywki, i to w każdym tego słowa znaczeniu, dostarczają nam jedynie komisje śledcze.

Premier szuka więc pracy, podobnie jak minister i wiceminister skarbu. Tyle prasa, ale podobne zabiegi czynią również pozostali. Właściwie trudno mieć do nich pretensję, to normalne, że każdy chce zapewnić sobie dostatnią przyszłości. Problem polega jednak na czym innym. Jeśli o jakiegoś członka rządu ubiega się prywatna firma lub jakaś, także międzynarodowa, organizacja, nie ma problemu. Oczywiście pod warunkiem, że nowa praca nie ma związku z przychylnością danego dygnitarza w czasie, kiedy może on jeszcze "coś załatwić". W tym sensie trudno mieć pretensje np. do Marka Belki, że próbuje wejść w struktury OECD. Gorzej, przynajmniej z etycznego punktu widzenia, kiedy lokuje się "swoich" albo samemu próbuje się ulokować, w różnego rodzaju spółkach powiązanych ze Skarbem Państwa. To z pewnością dwuznaczne moralnie. Podobne praktyki panowały w Trzeciej Rzeczpospolitej od początku jej funkcjonowania. Nic to zatem nowatorskiego, a o zmianach w tym względzie, zapowiadanych przez teraz nam panujących na początku kadencji, i tak już wszyscy zapomnieli. Zresztą w porównaniu z aferami, o których już wiemy, tego typu działania wydają się wręcz niewinne.

Nikomu nic się nie chce (no, może z wyjątkiem aktywności w sprawie "kiełbasa wyborcza"), wszyscy są już w innym świecie. Kolejny raz okazuje się, że przedłużenie funkcjonowania parlamentu i rządu było kompletnie bez sensu. No tak, ale nicnierobienie, a w każdym razie nierobienie niczego istotnego, za niemałe bądź co bądź pieniądze ma swój urok. Wie o tym spora grupa posłów, senatorów i członków rządu.