Do rąk Edwarda Lamperta, szefa ESL Investment, trafiło dokładnie 1,02 mld USD - wynika z czwartego rankingu "Alphy", magazynu poświęconego inwestycjom alternatywnym. Aby znaleźć się na liście 25 najlepiej opłacanych zarządzających w ub.r., trzeba było zarobić przynamniej 100 mln USD. Średnia dla tego grona wyniosła 251 mln USD wobec 207 mln USD w 2003 r. i 110 mln USD w 2002 r. Dla porównania, szefowie 500 największych firm z rankingu Forbesa zarobili w minionym roku przeciętnie 10 mln USD.
Branża dobrze płaci
Jednocześnie z badania firmy rekrutacyjnej Glocap wynika, że w branży funduszy hedgingowych znakomicie zarabiają nie tylko szefowie, będący najczęściej właścicielami funduszy. Coraz częściej zdarza się, że udziały w funduszach otrzymują też kluczowi pracownicy. Wszystko po to, by zatrzymać u siebie najlepszych, którzy poradzą sobie nawet w trudnych warunkach rynkowych.
Tym, którzy takich udziałów nie posiadają, prawdziwe pieniądze zapewniają bonusy. Firma Glocap policzyła, że dla pracowników podejmujących decyzje inwestycyjne (zarządzający, analitycy), z doświadczeniem od 5 do 9 lat, bonusy skoczyły z 212 tys. USD w 2003 r. do 287 tys. USD w ub.r. Dla osób z 10-letnim doświadczeniem i większym było to odpowiednio 313 tys. USD i 433 tys. USD. Specjaliści z 4-letnim i mniejszym doświadczeniem dostali w minionym roku 125 tys. USD premii, wobec 96 tys. USD w 2003 r. Spore sumy zarabiają również pracownicy administracyjni. W przypadku doświadczonego personelu kwoty wynagrodzeń wynoszą przeciętnie 89 tys. USD. W grupie funduszy z pierwszego kwartyla (najlepszych 25% badanej grupy) pod względem stopy zwrotu zarobki pracowników administracyjnych sięgały 80 tys. USD, ale razem z bonusami dawało to 100 tys. USD i więcej. To 2-3 razy ponad to, co można było na tych stanowiskach zarobić w innych branżach. W badaniu podkreśla się jednak, że praca w funduszach hedgingowych jest bardzo wymagająca, a od zatrudnionych oczekuje się kilkuletniego doświadczenia i dyplomu college'u.
Wynagrodzenie