Proszę nie odbierać tego złośliwie, ale dziękuję wszystkim czytelnikom i znajomym za korespondencję. Ilość maili na początku tygodnia przygniotła moją skrzynkę. Niestety, ale tzw. wskaźnik poczty Pryzmonta, jakim jest stosunek maili pesymistycznych do optymistycznych, wskazywał wczoraj na nieuchronną... zagładę niedźwiedzi. Sprawiał mi też kłopoty matematyczne dzielenia przez zero. Oczywiście skala pesymizmu nie jest tutaj żadnym odkryciem, gdyż choćby rana baza dochodziła do minus 70 pkt.

Ale na korespondencję zwracam uwagę nie tylko dla potwierdzenia pesymizmu. Kilka lat temu (brak możliwości i chęci do arbitrażu) baza osiągała znacznie większe wartości i nie zawsze było to idealną kontariańską wskazówką. Nie pamiętam jednak żadnej tak dynamicznej fali wzrostowej, w czasie której obecność rynkowych entuzjastów nie byłaby przeze mnie w ogóle odnotowana. Mówiąc entuzjastów, nie chodzi mi o optymistów. To dopiero kolejny etap wtajemniczenia. Entuzjasta giełdowy to (jeszcze) pełen uśmiechu klient GPW, który poprzez proste porównanie stóp zwrotu z ostatnich kilku miesięcy i zestawienie ich z gazetowymi artykułami o hossie, zainteresował się akcjami poznając smak łatwo zarobionych pieniędzy. Optymista, w przeciwieństwie do entuzjasty, już jest po przejściach i świadom jest możliwości spadków.

W związku z tym należy zapytać, czy dalej mamy zakupy zagranicznych dużych funduszy (na co wskazuje otoczenie, obroty i rynkowe plotki), a etap hossy z zainteresowaniem akcjami przez entuzjastów dopiero jeszcze nadejdzie? Czy też może, jak głosi ostatnia anegdota, niedawni nowi inwestorzy zamiast walczyć z rynkiem, co jak widać po bazie jest zaraźliwe, wygrzewają się teraz na plażach zupełnie nieświadomi swego bogactwa? W każdym przypadku lepiej zostać na piasku.