Poza dosłownie kilkoma wymianami na początku sesji, które były umówionymi transakcjami, sztucznie podnoszącymi obroty (PKN i PKO BP), wczoraj handlował jedynie giełdowy plankton. Różnica między maksimum a minimum sesji na kontraktach wyniosła skromne 13 pkt, a wartość obrotów akcjami z WIG20 była nawet niższa niż na ostatnich trzech sesjach poprzedniego tygodnia. Przerwy między transakcjami dochodziły do kilku minut! Należy o tym dniu jak najszybciej zapomnieć, a zbrodnią byłoby wyciąganie jakichkolwiek wniosków.
Powodów takiego zachowania rynku jest kilka. Skończył się sezon wyników zarówno w Polsce, jak i w USA. Do tego u nas wszyscy czekają na dane o PKB i decyzję RPP. Wokół tych publikacji jest sporo niepewności, więc samo to powstrzymuje aktywność funduszy. Wszystko dostaniemy jednak dopiero w przyszłym tygodniu. W Stanach tak samo - ten tydzień w kalendarzu danych makro jest niemal pusty. W następnym jest ich cała seria z bezrobociem włącznie, ale tak naprawdę poważniejsze ruchy zaczną się dopiero w drugim tygodniu września, gdy wszyscy wrócą na parkiet po przedłużonym weekendzie (5 IX Labor Day).
Efekt tego wszystkiego taki, że przynajmniej do końca tego tygodnia zarządzający zrobią sobie na naszym rynku tradycyjne sierpniowe wakacje. Nie za bardzo widać impulsy, które mogłyby je przerwać. Ja od kilku sesji sugerowałem, by odpuścić sobie handel na GPW i ze smutkiem trzeba stwierdzić, że to jedyny przypadek, gdy słuszna ocena rynku nie pozwala nic na nim zarobić. Warto na koniec zwrócić uwagę na rynek czeski, gdzie indeks nie idzie śladem Warszawy oraz Budapesztu, nie poddaje się sierpniowej korekcie (odstawieniu popytu od zachodnich funduszy) i wczoraj zanotował nowy szczyt hossy, będący kontynuacją systematycznego wzrostu od maja.