Młodsi może już nie pamiętają, za to starsi śmieją się bądź złoszczą niezmiennie od lat. Mowa o osławionych stu milionach złotych (starych), których rozdawanie - w wyniku mitycznego podziału majątku narodowego - sugerował niegdyś jeden z najbardziej znanych polskich polityków. Lata mijały, temat rozdawnictwa wracał. Wracał, mimo iż brzmiał coraz bardziej groteskowo w kontekście trwającej prywatyzacji, z której dochody szły głównie na finansowanie dziury budżetowej. Z upływem czasu, za sprawą denominacji, ze stu starych milionów zrobiło się dziesięć nowych tysięcy. W sumie okazało się, że wartość tych obiecanek cacanek realnie nie sięgała nawet dziesięciu starych tysięcy, czyli dzisiejszego jednego złotego...
Bluff polityków i naiwne oczekiwania zainteresowanych sprawiły, że puste obietnice, nawiązujące do mitu owych umownych stu milionów, powracają cały czas. Sugestie, że można obdarować czymś naród, pojawiają się zwłaszcza przy okazji wyborów. Czasami, niestety, przybierają kształt realny - wtedy mają charakter zwykłej grabieży. Tak jak w przypadku przedwyborczego prezentu dla górników - przywilejów emerytalnych. Grabież polega na tym, że za ich przywileje mamy zapłacić wszyscy - z podatków. Swoją drogą, dziw bierze, że okradani w biały dzień w ten sposób Polacy nie wychodzą na ulice, a odważniejsze dyskusje na ten temat toczą tylko dziennikarze i analitycy finansowi.
Ale obiecywanie złotych gór to, niestety, także praktyka międzynarodowa. Oto nawet najmłodsi mogli przez wiele miesięcy słyszeć o kolejnych stu obiecanych milionach. Tym razem chodziło o sto milionów dolarów oczekiwanej pomocy wojskowej dla Polski. Te sto milionów to nic w porównaniu z pomocą przekazywaną przez Amerykanów takim krajom jak Izrael czy Egipt. Ale lepsze sto milionów niż nic. Amerykanie poszli jednak w ślady autora sloganu o stu milionach złotych: obietnice były, gorzej z pieniędzmi. A owa medialnie nagłaśniana pomoc polega głównie na dofinansowywaniu zakupów amerykańskiego sprzętu wojskowego w amerykańskich firmach. Jednym słowem - pod hasłem pomocy innym, pomagają w sumie własnemu przemysłowi. Tak czy siak, sto milionów w sprzęcie i tak by się przydało w naszym utrzymywanym na poziomie wegetacji technicznej, wojsku. Tymczasem, jak się okazało, spryt owej "pomocy" polega także na tym, że jest mniejsza i trudniej dostępna niż by się wydawało. Zresztą to nie pierwszy przypadek obiecywania złotych gór, które, im bliżej celu, tym wydają się coraz mniej złote. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że nadzieje związane ze słynnym już offsetem dotyczącym zakupu samolotów F16 również przerosły rzeczywistość. To jednak temat na osobną opowieść.
Jak widać, obiecanki cacanki to nagminnie i globalnie stosowana metoda doraźnego zjednywania sobie ludzi. A morał z historii jest taki, że pora dorosnąć i nie wierzyć w bajki o Dobrym Wujku. Ani krajowi zawodowi "obiecywacze" gruszek na wierzbie, ani zagraniczni rzekomi dobroczyńcy nie kiwną palcem, by podarować nam cokolwiek. Warto o tym pamiętać, słuchając barwnych opowieści polityków i pseudopolityków walczących o posady... Trawestując słynny cytat, jedyne co może nam naprawdę obiecać większość polityków, to pot i stres. No i, od czasu do czasu, nieco gorzkiego śmiechu. Może więc, przy okazji wyborów, warto spojrzeć na tych, którzy obiecują mniej?
Autor jest analitykiem rynku