Masowy wykup wcale nie dziwi prezesa Intrum Justitia Polska: - W tej chwili wszystko, co pojawi się na rynku, jest natychmiast kupowane, dosłownie na pniu - ocenia Grzegorz Dmowski. Zjawisko to dotyczy przede wszystkim segmentu wierzytelności masowych, choć nie jest także obce rynkowi długów korporacyjnych.
Skąd takie dysproporcje między popytem a podażą? - Myślę, że oceny przyszłości rynku były zbyt optymistyczne i przez to popyt okazał się przeszacowany - mówi szef Intrum Justitia.
Przypomnijmy, że w raporcie na temat polskiego rynku wierzytelności, który opracowali pod koniec 2004 roku eksperci z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, prognozowano coroczny 15-20-proc. wzrost wartości segmentu windykacji. Ponieważ była to pierwsza poważna analiza, stała się wyznacznikiem działań wielu firm, które zaczęły inwestować w siebie. Apetyty polskich windykatorów zaczęły szybko rosnąć. Równocześnie poprawiała się ogólna koniunktura w gospodarce. Przedsiębiorcy, nauczeni doświadczeniem ostatnich lat, dopracowali procedury i podejmując decyzje biznesowe wykazywali się większą ostrożnością. W efekcie popyt na rynku wierzytelności stale rósł, a podaż wcale się nie zwiększała. W tej sytuacji ceny oferowanych pakietów należności, oferowanych na rynku, szły w górę. - Firmy windykacyjne decydują się na zakup długów nawet wówczas, gdy wiadomo, że jest to transakcja na granicy opłacalności - twierdzi Grzegorz Dmowski. - Chodzi o to, aby utrzymać się na rynku - wyjaśnia.
Mali psują rynek?
Równolegle ze wzrostem cen zakupu pakietów stawki za windykację na zlecenie idą w dół, czasami nawet poniżej granicy rentowności. Pojawienie się takiego zjawiska potwierdza Marek Rechciński, prezes Coface Intercredit: - Z moich obserwacji wynika, że na rynku usług windykacyjnych jest wyraźna tendencja do obniżania stawek prowizyjnych o charakterze "opłaty za sukces". Często dochodzą one już do granic opłacalności - uważa prezes Rechciński. Winą za ten stan rzeczy szef Coface Intercredit obarcza część małych firm. To one, walcząc o przetrwanie na konkurencyjnym rynku, zaczynają go psuć - zaniżają stawki.
- Tylko pozornie jest to zjawisko korzystne dla klienta - twierdzi Marek Rechciński. Jego zdaniem, wierzyciel zapłaci wprawdzie niską prowizję, ale jednocześnie musi się liczyć z tym, że firma windykacyjna - po krótkiej analizie opłacalności projektu - zacznie szukać oszczędności. Może np. ograniczyć do minimum swoje działania. Najprostszą metodą będzie wyeliminowanie wizyt osobistych u dłużnika, które w procesie windykacji przedsądowej są najdroższym elementem procesu odzyskiwania należności.