W 2003 r. 62-letni John Tanagretta, mieszkaniec New Jersey, złożył na New York Stock Exchange (NYSE) skargę na Merrill Lyncha. Wkrótce potem zmarł, ale jego sprawę przejęła rodzina. Według prawnika Tanagretty, jego klient, odchodząc z firmy Verizon na emeryturę w 2000 r. zainwestował u maklera ML Keitha Mackaya wszystkie pieniądze z funduszu emerytalnego - łącznie 494 tys. USD. Zażyczył sobie, aby były lokowane w konserwatywnych funduszach inwestycyjnych. Mackay tymczasem wykupił udziały w funduszach agresywnych, inwestujących głównie w sekto-
rze zaawansowanej technologii. Spośród 14 z nich aż dziewięć było obecnych na rynku krócej niż przez trzy lata i nie było nawet możliwości sprawdzenia ich długoterminowych wyników finansowych.
Arbitraż przyznał więc rację stronie poszkodowanej, twierdzącej, że inwestycje Tanagretty znamionowało "wysokie i niewłaściwe ryzyko" dla osoby w wieku emerytalnym.
Do maja 2002 r. kapitał Tanagretty stopniał o 300 tys. USD. Samo udowodnienie złej woli maklera było trudne, ponieważ moment ulokowania kapitału przez poszkodowanego przypadł na szczyt internetowej hossy. Merrill Lynch - jak to zwykle robią domy maklerskie w takich sprawach - utrzymywał, że ich klient poniósł jedynie koszt ryzyka inwestycyjnego. W tym okresie tracili na giełdzie niemal wszyscy. Nawet prawnik poszkodowanego przyznał, że Tanagretta poniósłby straty, gdyby były one inwestowane zgodnie z nakreślonym przez inwestora celem, ale - jego zdaniem - suma ta byłaby znacznie mniejsza niż stracone 300 tys. USD.
Arbitraż NYSE stanął więc przed trudnym zadaniem - wyliczenia tych strat, które wynikały