Powyższa sytuacja o tyle powinna wzbudzić niepokój inwestorów na rynkach akcji, że niemal wszystkie podane w zeszłym tygodniu dane makro (te zauważone przez media) wskazywały na brak presji inflacyjnej, a jednocześnie pokazały zagrożenie dla wzrostu gospodarczego. PPI oraz CPI były poniżej prognoz (także wartości bazowe). Sprzedaż detaliczna spadła aż o 2,1% (z wyłączeniem samochodów była lepsza). Rozczarowała produkcja przemysłowa, rosnąca w sierpniu tylko o 0,1%. Zupełnie dramatyczny był odczyt liczby wniosków o zasiłek dla nowozarejestrowanych bezrobotnych oraz wstępny odczyt wskaźnika Uniwersytetu Michigan - huragan i droga ropa spowodowały zniżkę do 76,9 pkt wobec oczekiwanego spadku do 85,0 pkt. Zbyt mocno nie rozczarował NY Empire State Index (17,0 wobec prognoz 15,5), ale już Philadelphia Fed z odczytem 2,2 pkt wobec 17,5 pkt. w lipcu powinien przestraszyć inwestorów.
Jak widać dane są fatalne, a mimo to rynki akcji nie reagowały przeceną. Rentowność obligacji paradoksalnie wrosła, zamiast spaść w oczekiwaniu na mniejsze podwyżki stóp (niska inflacja i zapowiedź słabszego wzrostu gospodarczego). Wytłumaczenia takiego zachowania rynku mogą być dwa. Po pierwsze trochę niespójna reakcja rynków na ostatnie amerykańskie dane makro wynika z faktu, że inwestorzy czekają na publikację dopiero wrześniowych danych. Trudno bowiem tak naprawdę oszacować wpływ Katriny na gospodarkę. Na razie reakcja na dane sprzed huraganu pozostanie dalej trochę wyciszona. Ja jednak jestem zdecydowanym zwolennikiem drugiego uzasadnienia zmiany prognoz polityki Fed. Proszę spojrzeć na pomijane i niedoceniane przez większość serwisów subindeksy płaconych cen (prices paid) w indeksach NY Empire State Index oraz Philadelphia Fed. We wrześniu wrosły odpowiednio z 29,0 do 53,4 pkt., oraz z 25,9 do 52,7 pkt. W ostatnim ISM ten subindeks wzrósł z 48,5 do 62,5. Oczywiście największa w tym zasługa rosnących kosztów energii (analogicznie do marca/kwietnia), ale negatywnej wymowy tych danych to nie zmienia.
Już od początku września spływające na amerykański rynek dane makro wskazują na spowolnienie gospodarki przy jednocześnie rosnącej presji inflacyjnej. Takiego otoczenia rynki akcji powinny się bardzo przestraszyć. Paradoksalnie uratował je huragan, który powoduje, że wszelkie złe wiadomości inwestorzy odbierają nie jako sygnały ostrzegawcze, ale jedynie jako "wypadki przy pracy" spowodowane jednorazowymi nadzwyczajnymi wydarzeniami. O tym kto ma racje rozstrzygną dopiero dane makro obejmujące okres po Katrinie, lub przekonamy się o tym już w najbliższy wtorek o 20: 15 czytając komunikat po posiedzeniu FOMC. Dla GPW najgorszym rozwiązaniem byłoby potwierdzenie w komunikacie narastającej presji inflacyjnej (w poprzednim komunikacie - "core inflation has been relatively low...longer-term inflation expectations remain well contained") i odejście od równego rozkładu ryzyk między wzrost gospodarczy, a ryzyko inflacji ("the upside and downside risks to the attainment of both sustainable growth and price stability should be kept roughly equal").
Region też ostrzega
W ogóle nie poruszałbym problemu amerykańskich obligacji gdyby nie fakt, że na wzrost ich rentowności negatywnie reagują rynki naszego regionu. Zarówno jeśli chodzi o rynek długu, waluty, jak i rynki akcji, choć w tym ostatnim wypadku jeszcze nie tak wyraźnie. W Polsce jakby inwestorzy zupełnie tego nie dostrzegali. Rentowność polskich papierów skarbowych spada do rekordowo niskich poziomów, a złoty (koszyk) zamknął tydzień na poziomach najniższych od marca. Dla porównania, węgierski forint testował sierpniowe dołki (zarówno wobec dolara, jak i euro), a analogiczne poziomy dla złotego są po około 15 groszy niżej. Podobnie wygląda porównanie indeksów giełdy w Budapeszcie i Warszawie w ostatnim tygodniu. We wtorek obydwa główne indeksy zrobiły nowe szczyty hossy i ruszyły do niewielkiej korekty. W przypadku BUX ostatnie dwie sesje tygodnia to jedynie powrót na te poziomy, natomiast giełda w Warszawie (tak jak Czechy) wpadła w małą spiralę wzrostu i skończyła tydzień wyraźnie wyżej.
Wszystko wygląda tak, jakby inwestorzy w Budapeszcie (częściowo też w Pradze), gdzie w zdecydowanej większości handlują zagraniczne fundusze, zaczęli dostrzegać zagrożenie dla czynników będących źródłem ostatniej fali wzrostowej, a inwestorzy w Warszawie dalej rozgrywali swoją hossę. Należy również retorycznie zapytać, ile było w tym wszystkim "window dressing" pod wygasanie 10,5 tys szt. wrześniowych kontraktów? Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest PKN, który nie tylko utracił korelację z cenami ropy (korekta na rynku ropy trwa od początku września i w piątek mieliśmy zamknięcie na nowych dołkach, a mimo to kurs PKN był na historycznych szczytach), ale także z zagranicznymi spółkami ze swojego sektora. Najwyraźniej inwestorom trudno było oprzeć się rekomendacji "kupuj" wystawionej przez Erste Bank, który jednocześnie wyznaczył cenę docelową na 76,4 zł (poprzednia 37,8 zł!), a w oparciu o model DCF godziwa wycena akcji wynosi 84,9 zł. PKN jest też rzekomo najatrakcyjniejszą w regionie spółką w sektorze paliwowym. Oczywiście kurs spółki może dojść nawet do 100 zł., ale najpierw nowe szczyty musiałaby osiągnąć cena ropy, a wraz z nią zagraniczne spółki paliwowe. W ostatnim tygodniu było odwrotnie. Przy takiej rekomendacji powinno zapalić się ostrzegawcze światełko, czy czasami nie chodzi tutaj o "kupuj od Erste".